Witam na blogu – Welcome on the Blog

Blog jest częścią NAWIGATORA do mojej książki Wędrujący świat www.wedrujacyswiat.pl. Jej Czytelnicy mogą tutaj kontynuować frapującą i nigdy niekończącą się debatę na temat światowej społeczności, globalnej gospodarki i ludzkich losów, a także naszego miejsca i własnych perspektyw w tym wędrującym świecie.

Tutaj można przeczytać wszystkie wpisy prof. Grzegorza W. Kołodko.
Zapraszam do dyskusji!

Blog is a part of NAVIGATOR to my book Truth, Errors and Lies. Politics and Economics in a Volatile World www.volatileworld.net. The readers can continue here the fascinating, never-ending debate about the world’s society, global economy and human fate. It inspires one to reflect also on one’s own place in the world on the move and one’s own prospects. In this way the user can exchange ideas with the author and other interested readers.

Here you can download archive of all posts professor G. W. Kołodko.
You are invited to join our debate!

2,841 thoughts on “Witam na blogu – Welcome on the Blog

  1. (2724.) Stawiam tezę że banka japońska była wykreowana w Ameryce , i zmuszenia społeczności japońskiej do ciągłej pracy i konkurencji już na rzecz kapitalistów amerykańskich.
    Bo chociaż mamy globalizacje i mówi się ze kapitał nie ma narodowości to jakimś dziwnym trafem , przy kryzysach ucieka do swoich macierzy.

    Pozdrawiam
    Tadeusz.

  2. (2723.) Dzien dobry Panie profesorze.
    Pojawił sie film dokumentalny na planete+ pod tytułem WŁADCY JENA na podstawie książki jednego z amerykańskich profesorów. Nie wiem czy PAn widział czy nie , ale zapraszam do obejrzenia. A jeszcze bardziej do omówienia tych zagadnień. Film pokazuje jak banki centralne sterują gospodarkami i wywołują kryzysy gospodarcze poprzez sterowanie podażą pieniądza. Omawiana jest banka japońska , historycznie dość ciekawe zagadnienie. Szkoda ze te zagadnienia nie pojawiały sie przed banką amerykańska ostatnia oraz przed polską aferą frankową.
    Miło by było poznać pana opinie na temat tego dokumentu.

    Pozdrawiam
    Tadeusz.
    62-500 KONIN

  3. (2722.) Coraz niższy szczyt

    Minął czas, kiedy z olbrzymim zainteresowaniem oczekiwano na konkluzje spotkań na szczycie najbogatszych krajów świata. Tegoroczny szczyt państw skupionych w grupie G7 – kolejno według wielkości gospodarek mierzonych poziomem produktu krajowego brutto, PKB, to USA, Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Włochy i Kanada – skupiał uwagę obserwatorów bardziej ze względu na osobowości niektórych jego uczestników, niż w oczekiwaniu na jakieś przełomowe czy chociażby ważne decyzje. Uderzające jest to, że nawet poważni amerykańscy komentatorzy za osiągnięcie uważają, że ich nowy prezydent nie popełnił żadnej większej gafy…

    Słabnące G7

    Niektórzy nadal określają G7 jako grupę najbardziej wpływowych krajów świata, choć przecież wszystkich takich nie skupiała. Gdy została zainicjowana cztery dekady temu – wtedy jeszcze, w roku 1975, jako G6, bez Kanady, która dołączyła rok później – to dwa bez wątpienia wielce wpływowe kraje, Związek Radziecki i Chiny, nie znalazły się w tym gronie. A to z powodów oczywistych, gdyż intencją tego zgromadzenia najbogatszych dużych krajów kapitalistycznych było narzucanie innym korzystnego dla nich samych sposobu funkcjonowania gospodarki światowej. G7 uzurpowała sobie prawo przewodzenia całemu światowi, choć bynajmniej nigdy nie reprezentowała interesów gospodarki światowej i całej ludzkości. Również wtedy, gdy z inspiracji prezydenta Clintona w roku 1997 doproszono do tego grona Rosję, acz jedynie do obrad na tematy gospodarcze. Trwało to do roku 2014, kiedy to po aneksji Krymu zawieszono jej członkostwo i przejściowe G8 znowu stało się G7.
    G7 to już też nie siedem największych gospodarek świata. To fakt, że mając zaledwie 10 procent światowej populacji, grupa ta wytwarza około 47 procent światowej produkcji, licząc na podstawie kursu rynkowego ich walut. Gdy natomiast zastosować lepszą dla porównań miarę, a mianowicie parytet siły nabywczej, PSN, to jest to już tylko około 31 proc. światowego produktu brutto. I udział ten systematycznie spada, gdyż cała reszta świata charakteryzuje się przeciętnie wyższym tempem wzrostu. Tak też będzie w przyszłości i już pod koniec następnej dekady G7 wytwarzać będzie zaledwie piątą część światowej produkcji (licząc PSN). Już obecnie Indonezja ma większy PKB niż Wielka Brytania, Meksyk wyprzedza Włochy, a Arabia Saudyjska jest przed Kanadą. Gdyby zebrać siedem faktycznie największych gospodarek świata z maksymalnym PKB według PSN, to tylko trzy kraje z G7 znalazłyby się w tym gronie, a dołączyły doń cztery inne. Kolejno według poziomu PKB w skład takiego G7 weszłyby: Chiny, USA, Indie, Japonia, Niemcy, Rosja i Brazylia.

    G6 + 1

    Doraźnie wszakże co innego jest ważne. Otóż goszczone przez premiera Włoch Paolo Gentiloniego spotkanie G7 okazało się szczytem G6 + 1, a to ze względu na poglądy i zachowanie nowego prezydenta USA. Wizyta w Taormina była dla niego tylko jednym z sześciu przystanków na trasie tygodniowej podróży, podczas której odwiedził także Rijad, Izrael, Zachodni Brzeg, Watykan i Brukselę. Trasa jego pierwszej podróży zagranicznej miała podkreślić zaangażowanie w ważne międzynarodowe sprawy, choć przyniosła mizerne rezultaty, a czasami robiła wrażenie, jakby przywódca najsilniejszego państwa świata traktował ją jako jeszcze jeden reality show.
    Stany Zjednoczone już za prezydentury Billa Clintona dowiodły, że nie nadają się do przywództwa świata. Ani tego tzw. wolnego, ani tym bardziej tego całego. Tę nieprzydatność jeszcze bardziej potwierdziła administracja Georga W. Busha i choć później Barack Obama nieco poprawił globalną pozycję USA, to i tak nie zmieniło to istoty rzeczy. Krótkotrwała epoka dominacji USA, te kilka lat po upadku Związku Radzieckiego ćwierć wieku temu, minęła bezpowrotnie. I jeśli Donald Trump naiwnie wierzy, że to właśnie on jest powołany, aby uczynić Amerykę znowu wielką, to szybko rozczaruje siebie i tych, którzy mu lekkomyślnie zawierzyli.
    Spotkanie G7 w Taorminie też do tego się przyczyni, w kilku sprawach bowiem Trump, nie mając racji, został sam. Nadal nie rozumie, jak szkodliwe mogą być jego zapędy hamowania nieodwracalnej globalizacji i próby uciekania się do praktyk protekcjonistycznych. Zamiast grozić Niemcom restrykcjami na import samochodów, niech Amerykanie robią lepsze niż BMW. Gdy zablokował w pierwszych dniach swego urzędowania włączenie się USA do Partnerstwa Transpacyficznego, TPP, to wkrótce potem 11 państw uczestniczących w tym projekcie promującym wolny handel w olbrzymim regionie Oceanu Spokojnego potwierdziło, że będą go kontynuować bez USA. Wśród tych 11 krajów jest także Japonia i Kanada, których premierzy, Shinzo Abe i Justin Trudeau, też byli na Sycylii.
    Gdy Trump odżegnuje się od historycznego porozumienia osiągniętego w końcu 2015 roku w Paryżu przez wszystkie kraje świata w sprawie przeciwdziałania ocieplaniu klimatu, to słyszy nie tylko to, że jego partnerzy z G7 konsekwentnie deklarują zamiar rzetelnego wywiązywanie się z wziętych na siebie zobowiązań, lecz także głos obecnego w Taorminie nowego Sekretarza Generalnego ONZ, Antonio Guterresa, który mówi, iż porozumienie paryskie będzie realizowane, nawet gdyby USA się z niego wycofały. Być może do tego nie dojdzie, gdyż postępowi doradcy Trumpa uświadamiają mu i to, że bojkotując skoordynowaną globalnie akcję na rzecz walki z przegrzaniem Ziemi, naraża się na ogromną utratę popularności, bo „zieloni” się bardzo liczą. Dobre i to, choć lepiej byłoby, gdyby do lokatora Białego Domu docierały argumenty merytoryczne. W profesjonalnym gronie osiągnięto konsensus, że podniesienie się do końca XXI wielu przeciętnej temperatury przy powierzchni ziemi o więcej niż 2oC w porównaniu z okresem przed industrializacją spowodowałoby kataklizm ekologiczny. Należy zatem działać, ograniczając emisję gazów cieplarnianych, bo kontynuacja dotychczasowych trendów prowadziłaby do wzrostu temperatury aż o 3,6oC. Realizacja porozumień paryskich, które chce obalać Trump, zmniejszyłaby ten wzrost do 2,7oC, a więc wciąż niedostatecznie. Trzeba liczyć na to, że skoro nie udało się to szóstce partnerów Trumpa na Sycylii, to wyperswadują mu skutecznie sprawę ludzie masowo demonstrujący przeciwko jego zgubnej polityce lekceważącej wymagania ochrony środowiska.

    Wysoko nie weszli

    Włosi, pełniąc prezydencję G7 w tym roku – po Japonii, która gościła szczyt w Ise-Shima w 2016 roku i przed Kanadą, która będzie gospodarzem spotkania w Charlevoix w roku 2018 – zaprosili gości na Sycylię, aby z urwistego brzegu w Taormina mogli popatrzeć na Morze Śródziemne nie tyle dlatego, że jest tam pięknie, ale by widzieli, skąd docierają setki tysięcy imigrantów. Drugiego brzegu nie widać, ale wiadomo, że jest tam Afryka, skąd masy uchodźców i ekonomicznych emigrantów wyruszają do Europy, ryzykując nierzadko życiem.
    Z inicjatywy Włoch kwestię nasilającej się wędrówki ludów wniesiono pod obrady G7 i do rozmowy w tym punkcie zaproszono Tunezję, Etiopię, Kenie, Niger i Nigerię. Murem nie da się ich odgrodzić, jak może wolałby amerykański prezydent, ale przyjąć z otwartymi ramionami kolejnych milionów w ramach Willkommenskultur, jak przynajmniej do niedawna uważała kanclerz Niemiec, Angela Merkel, też się nie da. Słusznie zatem zwrócono uwagę na potrzebę wspomożenia procesów rozwoju społeczno-gospodarczego w krajach uboższych, aby niwelować jedną z głównych przyczyn popychających ludzi do emigracji. Bezsprzecznie zaliczają się do nich głód i nędza, ubóstwo i brak perspektyw życiowych. By sobie z tym radzić, trzeba skierować do krajów biednych więcej środków niż dotychczas. Oczywiście, pod warunkiem, że zadbają one o nieodzowny postęp instytucjonalny i nie pozwolą na wsiąkanie środków doń płynących w skorumpowane procedury administracyjne. To jest do zrobienia, pod warunkiem, że z jednej strony gruntownie zrewiduje się w kierunku nowego pragmatyzmu niesprawdzającą się w praktyce politykę opartą na tradycyjnej ekonomii rozwoju, z drugiej zaś kraje wysoko rozwinięte, poczynając od G7, przeznaczą na pomoc rozwojową znaczące środki.
    Niestety, o tym mówi się mało i niechętnie. O ile w przeddzień spotkania w Taormina, podczas szczytu NATO w Brukseli, Donald Trump wzywał państwa członkowskie Paktu Północnoatlantyckiego do wydatkowania na cele wojskowe co najmniej 2 proc. PKB, bo takie kiedyś sformułowano deklaracje, choć bynajmniej nie są one zobowiązujące, to żaden z przywódców G7 nie wezwał do przeznaczenia na pomoc dla biednych tego świata 0,7 proc. PKB, a przecież od dawna jest w tej sprawie stosowna deklaracja Narodów Zjednoczonych. Wywiązuje się z tego jedynie pięć krajów bogatych, socjaldemokratyczne Szwecja, Norwegia i Dania oraz Holandia i Luksemburg, ale to małe kraje małe, a więc i środków stąd transferowanych na rozwój innych niewiele. Natomiast bogate Stany Zjednoczone na pomoc zagraniczną przeznaczają marne 0,2 proc. PKB.
    Prezydent Trump zamiast radykalnie podnieść tę alokację, chce ją dodatkowo o jedną czwartą ograniczyć, podwyższając jeszcze bardziej i tak już wyśrubowane wydatki wojskowe. USA na cele militarne wydają trzykrotnie więcej niż Chiny i dziewięciokrotnie więcej niż Rosja. Tym bardziej istotny jest głos Niemiec zaakcentowany na szczycie NATO, że nie zamierzają zwiększać swych wydatków wojskowych wynoszących 1,2 proc. PKB, gdyż tak ich, jak i świata bezpieczeństwo nie od tego zależy, a od usuwania przyczyn konfliktujących narodowy i państwa oraz od wspomagania pokojowego rozwoju krajów pozostających gospodarczo w tyle. Dobrze byłoby, gdyby wszyscy w NATO to zrozumieli, w Polsce też, bo słychać tu niedorzeczne głosy rządzących polityków o zamiarze wzrostu wydatków wojskowych do 2,5 proc. PKB. Takie działania nakręcając wyścig zbrojeń, zmniejszają bezpieczeństwo, zamiast je wzmacniać. Oczywiście, przy okazji poprawiają kondycję lobby zbrojeniowego i będących na jego usługach polityków. Dużo mądrzej byłoby równać w dół, do poziomu niemieckiego, a wyzwalane w te sposób środki adresować na pomoc rozwojową. Wtedy wszyscy poczulibyśmy się bezpieczniejsi.

    Czekając na G19 + 1

    Tak oto możni tego świata wysoko się nie wspięli podczas tegorocznego szczytu G7. Nie tylko dlatego, że są wewnętrznie podzieleni i wszyscy, może z wyjątkiem premiera Kanady, bardziej niż o ten wędrujący świat zatroskani byli o problemy, z którymi nie potrafią sobie dobrze poradzić u siebie – a to specjalnym śledztwem na temat rzekomego manipulowania przez Rosję niedawnymi amerykańskimi wyborami, a to zagrożeniem północnokoreańskim wobec Japonii, a to nadchodzącymi wyborami w Wielkiej Brytanii, a to konsolidacją polityki po wyborach we Francji. Łatwo nie jest. Przede wszystkim dlatego, że w międzyczasie inni wyrastają w siłę.
    Dużo ważniejszy będzie odbywający się na początku lipca w Hamburgu szczyt G20. Ponieważ w jej skład wchodzi Unia Europejska, wbrew nazwie reprezentuje ona 43 kraje, które w sumie wytwarzają aż 85 proc. światowej produkcji. Tam Donald Trump nie będzie się już tak rozpychał jak w Brukseli i Taormina, bo będą tam inni, którzy mają więcej niż USA do zaproponowania światu. Będą też inni znaczący politycy, od których działań w regionach i na całym świecie zależy coraz więcej, zwłaszcza chiński przywódca Xi Jinping, ale też prezydenci Rosji i Turcji oraz premierzy Indii i Australii. Oczywiście, Donald Trump będzie dbał o to, aby był to tym razem show 1+19, ale miejmy nadzieję, że i on, tak jak my wszyscy, uczy się poprzez zdobywane doświadczenia. Po Taorminie powinien mieć ich trochę więcej. Świat to nie family business.

    “Rzeczpospolita”, 30 maja 2017 r., s. A11

  4. (2721.) Polska Agencja Prasowa PAP publikuje wywiad:

    Kołodko: na przyjęciu euro sporo byśmy skorzystali

    Przyjęcie euro przez Polskę ma ekonomiczny sens z wielu powodów. Zniknęłoby ryzyko kursowe, przez które wiele polskich firm ogranicza swoje inwestuje, spadłyby koszty obsługi kredytów, a nade wszystko szybciej rosłyby dochody ludności – mówi PAP prof. Grzegorz W. Kołodko.

    Jego zdaniem dobrym pomysłem byłoby, gdyby premier Beata Szydło “zaprosiła porządnych polskich ekonomistów, wysłuchała argumentów różnych stron”. “Może dzięki temu da się zasiać wpierw ziarenko wątpliwości, a potem logiczną argumentacją przekonać decydentów” – wskazuje.

    W ocenie profesora Grzegorza W. Kołodki w tej dyskusji należy zarazem uwzględnić głos społeczeństwa. Większość Polaków jest obecnie przeciwko wejściu do euro, a nie należy robić takich wielkich zmian wbrew społeczeństwu, tylko przekonywać je do idei przyjęcia wspólnej waluty.

    Prof. Kołodko przyznaje, że są ważniejsze sprawy do rozwiązania niż przyjęcie euro, takie jak skłonność do oszczędzania, odwrócenie negatywnych procesów demograficznych, zrównoważony, ekologiczny rozwój, zasadnicze ograniczenie biedy i wykluczenia, konkurencyjność, proinnowacyjność naszej gospodarki. Jak przekonuje, te wszystkie cele łatwiej będzie jednak osiągać, mając euro – jeśli wejdziemy do niego przy właściwym kursie – i jeśli obszar euro zreformuje się, eliminując swoje słabości.

    Jak dodaje, choć strefa euro ma problemy, to poradzi sobie z nimi i euro przetrwa, reformując się i wyjdzie z tego “lekkiego zamieszania” wzmocniona.

    PAP: Jest Pan zwolennikiem akcesji Polski do strefy euro, dlaczego?

    Grzegorz W. Kołodko: Nasz akces do strefy euro ma ekonomiczny sens z wielu powodów. Najważniejszym z nich jest eliminacja ryzyka kursowego. Wielu polskich przedsiębiorców nie inwestuje ze względu na duży obszar niepewności, który wynika właśnie z tego, że mamy narodową walutę i jej kurs “na pstrym koniu jeździ”. Niespełna pół roku temu eksporter dostawał za euro prawie 4,50 zł, a teraz dostaje mniej niż 4,20 zł. To bardzo destabilizuje oczekiwania przedsiębiorców i inwestorów. To właśnie ryzyko kursowe jest jedną z przyczyn, dla których Polska mniej inwestuje niż niektóre inne kraje, a powinniśmy inwestować więcej.

    PAP: To korzyści dla biznesu, a co z przyjęcia euro mieliby zwykli ludzie?

    G.W.K.: Koszty transakcyjne wymiany walut koniec końców mają odzwierciedlenie w cenach produktów i niektórych usług, za co płacą konsumenci. Dzięki euro niższe mielibyśmy też koszty obsługi kredytów hipotecznych i konsumpcyjnych, w strefie euro stopy procentowe są bowiem znacznie niższe niż w Polsce. A już słyszy się o podnoszeniu u nas stóp procentowych. Oczywiście gdybyśmy mieli euro, nie byłoby afery – bo to jest afera, wielki problem – z frankowiczami. Nie doszłoby przecież do procederu zadłużania gospodarstw domowych w obcym pieniądzu.

    Kolejną korzyścią z przyjęcia wspólnej waluty byłaby możliwość rozwiązania rezerw walutowych, które obecnie, w przeliczeniu na złote, sięgają prawie 0,5 bln zł. Ok. 1/4 z tego musielibyśmy wnieść jako swój udział do EBC, gdzie mielibyśmy swojego przedstawiciela, mając w ten sposób wpływ na politykę tego banku. A resztę moglibyśmy przeznaczyć m.in. na spłatę długu zagranicznego. Gdybyśmy kilkadziesiąt miliardów euro przekazali na wcześniejszą spłatę długu, co jest do wynegocjowania z naszymi partnerami, którym jesteśmy winni pieniądze, spadłby zasadniczo – o kilka pkt. proc. – dług publiczny. Dzięki temu mniejsze byłyby także obciążenia budżetu kosztami obsługi tego długu, co jest oczywistą korzyścią dla wszystkich Polaków.

    Poza tym, wchodząc do euro, moglibyśmy sobie dołożyć od 0,5 do 1 pkt. proc. do tempa wzrostu gospodarczego. Więc zamiast mieć 3-4 proc. rocznie, moglibyśmy mieć 4-5 proc. wzrost PKB. Tym samym szybciej rosłaby konsumpcja i standard życia ludności.

    PAP: Padają jednak argumenty, że przyjmując euro, nie tyle nie będziemy mieć szybszego tempa wzrostu, co wręcz narazimy się na stagnację i przestaniemy doganiać Zachód, bo w sytuacji kryzysu nie będziemy mieli jak się bronić.

    G.W.K.: Założenie, że będą kryzysy i trzeba będzie się bronić, to fundamentalna pomyłka. Błędne jest rozumowanie, które przyjmuje, że wchodząc do euro, możemy znaleźć się w trudnej sytuacji, bo będziemy za mało oszczędzać, za dużo wydawać, że nie będzie rosła dostatecznie szybko wydajność pracy. Tak może być, jeśli będziemy prowadzić złą politykę. Do ewentualnych zaburzeń gospodarczych może dojść wskutek złej polityki, a nie z powodu przyjęcia euro. Wydajność pracy w Polsce rośnie ewidentnie szybciej niż w strefie euro i tak będzie w następnych latach, a to ze względu na postęp organizacyjny, technologiczny, lepsze wykształcenie pracowników, większą dyscyplinę siły roboczej. To są czynniki, które będą wpływały na wzmacnianie konkurencyjności polskiej gospodarki, a integracja w ramach obszaru euro jeszcze dodatkowo wzmocniłaby te pozytywne zjawiska.

    PAP: Czyli nie zgadza się Pan z argumentem, że w kryzysie 2008 roku pomogło nam to, że złoty stracił na wartości?

    G.W.K.: Oczywiście, że nie. To kolejny błędny pogląd, wybiórczo – a więc tendencyjnie – podchodzący do zagadnienia. Przez to, że nie mieliśmy euro, polski pieniądz najpierw był bardzo mocno przewartościowany; był czas, gdy za euro eksporterzy dostawali 3,20, a za dolara 2 złote. Wtedy także bardzo wiele gospodarstw domowych naciągnięto na kredyty hipoteczne w walutach obcych, zwłaszcza we frankach szwajcarskich. Może przy okazji warto sięgnąć do tego, którzy „znani ekonomiści” i dziennikarze wmawiali ludziom, że złoty może się tylko wzmacniać. A przecież było oczywiste, że się osłabi, bo był wtedy zdecydowanie przewartościowany.

    Potem, jak i do Polski dotarły fale światowego kryzysu gospodarczego, tendencje kursowe się odwróciły i bardzo szybko za euro trzeba było zapłacić nawet 4,90, a za dolara 3,90 zł. Ale gdyby nie było wpierw wychylenia w jedną stronę, to potem nie byłoby i wychylenia w drugą stronę. Gdyby nie było przewartościowania złotego – a nie byłoby, gdybyśmy już wtedy byli w euro – to nie doszłoby do bez mała wykończeniu przemysłu stoczniowego, który prawie 100 proc. produkcji wysyłał na eksport. Jak mu się miała opłacać działalność, jak dostawał 3,20 za euro? Gdybyśmy weszli do euro w 2008 r., to nie mielibyśmy dzisiaj dramatu frankowiczów i zachowalibyśmy przemysł stoczniowy.

    Natomiast faktem jest, że w krótkim okresie osłabienie złotego amortyzowało skalę spowolnienia gospodarczego i w jakimś stopniu uratowało nas przed wejściem w fazę recesji. Ale trzeba wyraźnie powiedzieć, że gdybyśmy mieli euro i przyjęli je po właściwym kursie – bo to jest kluczowa sprawa – to byłoby to dla nas bardziej korzystne.

    PAP: A jaki jest ten właściwy kurs?

    G.W.K.: Taki, który zapewnia konkurencyjność polskiemu sektorowi eksportowemu – 4 złote plus minus 5 proc.

    Teraz jest bardzo dobry okres dla Polski, by wchodzić do strefy euro, ponieważ obecnie bogaty Zachód będzie bardziej ustępliwy w stosunku do polskich żądań i oczekiwań. Ekonomiczny interes krajów potężnych eksportowo, jak Niemcy, Beneluks czy Austria, jest taki, byśmy przyjęli euro z silnym pieniądzem, bo silny pieniądz osłabia polską gospodarkę. Gdybyśmy weszli po kursie 3,20 zł, z przewartościowanym złotym, Zachód byłby szczęśliwy, bo zalałby nasz rynek swoimi tanimi dla nas produktami. To wszakże ograniczałoby dynamikę, a niekiedy nawet bezwzględny poziom krajowej produkcji, zmniejszając poziom zatrudnienia i dochody ludności, a także dochody podatkowe państwa.

    PAP: Akces do euro wymaga jednak m.in. zmiany konstytucji.

    G.W.K.: Zmiana konstytucji przy konsensie politycznym dotyczącym przyjęcia wspólnej waluty powinna mieć charakter techniczny. Obawiam się, że tak nie będzie, ale gdyby obecna władza chciała wprowadzić Polskę do euro, to korzystając z tego, że popiera to zasadnicza część opozycji, nie byłoby żadnego problemu ze zmianą tego punktu konstytucji. Pod warunkiem, że politycy przy okazji nie chcieliby dokonać w konstytucji innych zmian.

    Inną sprawą jest to, że opozycja, która deklaruje poparcie dla przyjęcia euro przez Polskę, bardzo nie chce, by to stało się za rządów PiS. Więc mówię politykom PiS: zróbcie to opozycji na złość. Niech to wasza władza przejdzie do historii jako ta, która wprowadziła nasz kraj do euro i nie pozwoliła zepchnąć nas na peryferie wielkiego procesu integracji europejskiej. Po zwycięstwie Emmanuela Macrona we Francji i spodziewanej wygranej CDU-CSU jesienią w Niemczech wszystko wskazuje bowiem na to, że UE będzie iść w kierunku tzw. wielu prędkości. Spoiwem tej pierwszej prędkości ma być właśnie strefa euro i opierająca się na niej polityka społeczno-gospodarcza. W tej sytuacji powinniśmy uciekać do przodu – przyjąć euro i znaleźć się w Europie pierwszej prędkości. Bylibyśmy tam znaczącym krajem.

    PAP: Przedstawiciele partii rządzącej są jednak przeciwni przyjmowaniu wspólnej waluty.

    G.W.K.: Obecna czołówka naszej władzy faktycznie jednoznacznie opowiada się przeciwko euro. Dlatego trzeba dalej rozmawiać. Uważam bowiem, że rządzący opierają się na opiniach ekonomistów, którzy nie mają racji. Może dobrym pomysłem byłoby, gdy premier Szydło zaprosiła porządnych polskich ekonomistów, jest nas trochę, wysłuchała argumentów różnych stron. Może dzięki temu dałoby się zasiać wpierw ziarenko wątpliwości, a potem logiczną argumentacją przekonać decydentów.

    Jako ekonomista jestem przekonany, że oponenci euro nie mają racji. Ale byłem kiedyś w polityce – jako wicepremier i minister finansów – i wiem, jak te mechanizmy działają. Chodzi o to, żeby politycy partii rządzącej nie stali się niewolnikami tego, co powiedzieli wcześniej. Czasami trudno jest zmienić zdanie, które się wypowiedziało, ale to problem do przezwyciężenia. Jeśli więc prezydent i premier, minister finansów i prezes NBP zmienią zdanie, trzeba będzie to docenić, a nie krytykować i atakować. Zmiana zdania na słuszne zawsze jest godna pochwały.

    PAP: A co jeśli obecnych władz nie da się przekonać do euro?

    G.W.K.: Trzeba kontynuować debatę i pozyskiwać dla sprawy większość społeczeństwa. Dziś niestety – i to jest ważniejszy problem – większość Polaków jest przeciwko wejściu do euro, a nie należy robić takich wielkich zmian wbrew społeczeństwu. Nie wątpię wszak, że zdecydowaną większość Polaków da się pozyskać do idei przyjęcia euro, jak zrozumieją, że nie grozi nam z tego tytułu podwyżka cen, że dochody realne nikomu się nie obniżą, gdyż będą w punkcie startu, tzn. wprowadzanie euro takie same, a potem będą rosły szybciej niż bez euro, że to jest dobry pomysł pod warunkiem, iż będzie mu towarzyszyła dobra polityka gospodarcza. Taka polityka jest przecież możliwa, ale są też ekonomiści politycznie czy partyjnie związani z opozycją, którzy głoszą, że obecny rząd tego nie potrafi. Tym bardziej powinien rozpocząć procedurę konwersji walutowej i pokazać, że jednak potrafi.

    Oczywiście, na euro Polska się nie zaczyna, a świat się nie kończy. Są ważniejsze sprawy niż euroizacja: podwyższenie skłonności do oszczędzania, odwrócenie negatywnych procesów demograficznych, zrównoważony ekologiczny rozwój, zasadnicze ograniczenie biedy i wykluczenia społecznego, konkurencyjność i większa proinnowacyjność naszej gospodarki. Te wszystkie cele łatwiej będzie jednak osiągać mając euro – jeśli wejdziemy do niego przy właściwym kursie – i jeśli obszar euro zreformuje się, eliminując swoje słabości.

    Na dobrą sprawę jest jeden argument, który trzeba brać pod uwagę w dyskusji nad tym, czy wstępować do euro, czy nie. Otóż niektórzy stawiają pytanie, czy euro w ogóle przetrwa nie łatwe przecież czasy. Przetrwa; wariant upadku odrzucam. Tak więc nie widzę żadnego innego poważnego argumentu ekonomicznego, aby pozostawać poza euro, skoro jesteśmy w Unii Europejskiej i euro będzie istnieć. Upieranie się przy złotym powoduje relatywnie wolniejsze tempo wzrostu polskiej gospodarki, czyli relatywnie niższy poziom życia Polaków, niż moglibyśmy osiągnąć.

    PAP: Mówi Pan, że odrzuca wariant upadku euro, a jak ocenia Pan obecną kondycję strefy euro?

    G.W.K.: Teoretycznie euro może upaść albo zostać rozwiązane, praktycznie zaś jest to bardzo, bardzo mało prawdopodobne. Tak mało, że nie można na takim spekulacyjnym założeniu opierać strategii rozwoju. Przyjmuję założenie, że euro będzie trwało. Choć strefa euro ma problemy, to reformując się, poradzi sobie z nimi i wyjdzie z tego lekkiego zamieszania wzmocniona, wzmacniając jeszcze swą pozycję jako rezerwowa waluta światowa w warunkach nieodwracalnej globalizacji.

    PAP: Zgadza się Pan z tezą, że to właśnie euro zaszkodziło m.in. krajom unijnego Południa – Grecji czy Włochom?

    G.W.K.: To z gruntu fałszywy pogląd ekonomiczny, którego w kategoriach naukowych nie da się obronić. Dziwię się, że niektórzy z ekonomistów przywiązali się do niego i go powtarzają. Są kraje, w których jest euro i mają one problemy, ale nie dlatego, że mają euro, tylko ponieważ prowadziły złą politykę gospodarczą. Są też kraje, które mają euro – Austria, Holandia czy Belgia – które nie mają problemów. I tych jest więcej. To czy państwa mają problemy, wynika przede wszystkim z tego, jaką prowadzą politykę gospodarczą.

    Natomiast faktem jest, że kraje, które prowadziły nieprawidłową politykę gospodarczą, mają pewne trudności z przezwyciężaniem kłopotów, właśnie dlatego, że mają euro i nie mogą skorzystać z pewnych instrumentów dostosowawczych, których zastosowanie umożliwia własna waluta. Ale to tylko dlatego, że najpierw popełniły inne błędy, które nie są związane z posiadaniem euro. W niektórych przypadkach problemy te byłyby jeszcze większe, gdyby te państwa nie miały euro.

    PAP: A co trzeba w strefie euro zreformować?

    G.W.K. Trzeba zrobić to, co zapowiada Komisja Europejska – pójść dalej, jeśli chodzi o tzw. unię bankową, posunąć do przodu koordynację polityki fiskalnej, co nie oznacza uniformizacji podatków, a przede wszystkim przestrzegać zasad gry, które były ustanowione, gdy euro powstawało. Przecież gdyby wszystkie kraje strefy euro przestrzegały rygorystycznie kryteriów fiskalnych i monetarnych z Maastricht, to nie byłoby obecnych zaburzeń.

    PAP: Czy państwa, które nie przestrzegają tych reguł, powinny pozostać w strefie euro?

    G.W. K.: Żaden z krajów obecnie należących do obszaru euro dobrowolnie nie wyjdzie z niego, choć nadal nie jest wykluczone, że Grecja zostanie do tego zmuszona. Byłoby to jednak bardzo złe rozwiązanie, koszt Grexitu bowiem byłby ogromny nie tylko dla Grecji, nie tylko dla obszaru euro, lecz dla całej UE. Polski te koszty też by nie ominęły. Co gorsza, w ślad za Grecją podobny jak tam syndrom mógłby rozwinąć się wpierw w Hiszpanii, a potem we Włoszech. To byłby koniec euro, jakie znamy.

    Rozsądnym wyjściem z sytuacji byłaby pomoc Grecji pod pewnymi warunkami, co praktycznie sprowadziłoby się do istotnej redukcji greckiego długu. Obecnie oscyluje on wokół 180 proc. PKB, gdyż po bardzo brutalnym okresie dostosowań narzuconych Grecji z zewnątrz dług rósł, a nie spadał. To jest przykład tego, jak zła polityka tzw. trojki, czyli Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego – w dużym stopniu pod dyktando Niemiec i Francji – wpędziła Grecję na ścieżkę wieloletniej recesji i pomimo ostrego zaciskania pasa nie udało się przywrócić tej gospodarce dynamicznej równowagi. Stosowne przeprofilowanie niespłacalnego przecież długu greckiego jest do zrobienia, ale najwcześniej po wrześniowych wyborach niemieckich. W mojej ocenie ostatecznie pragmatyzm weźmie górę, bo Niemcy, acz nie tylko oni, za Grexit za zapłaciliby bardzo dużo. Tańsza będzie pomoc dla tego kraju, o ile zechce sam sobie pomóc. Próbuje i trzeba to rozsądnie wesprzeć. Gdyby to się nie udało, to wtedy sprawa wchodzenia Polski stanęłaby w innym świetle.

    Rozmawiała Sonia Sobczyk (PAP)
    28 maja 2017

  5. (2720.) Will China Save the World?

    The Chinese leader Xi Jinping advocates globalization, which may increasingly aid the long-term development of the world economy. The US president Donald Trump does not serve globalization or even hinders the development of the world economy. Maybe some of his actions will revive the US economy in the short run, but they are harmful to the global economy. And later on, there will be a growing imbalance, including another budget deficit and public debt within the US itself. The new American president believes that his “Trumponomics” is a present-day Reaganomics, but it’s just his illusion. 35 years ago Reaganomics was the grist to the mill of neoliberalism whose harmful effect is only fully visible ex post. The harmful effect of Trump’s economic nationalism will also become increasingly clear with time.

    Visions rather than illusions

    While the multi-year period of 3-percent GDP growth is the American president’s pipedream, the New Silk Road is a realistic initiative of the Chinese president, which incorporates his country even further than to date into the irreversible globalization. At the same time, this is an attempt to make it more inclusive. The US president harbours illusions whereas the Chinese leader has a vision. Quite the opposite of the situation half a century ago. Such dissonance has colossal implications for the world’s future.
    It is quite typical that at the time the 45th president of the United States, being sworn in on the stairs of Capitol Hill, was saying (or actually shouting) America first!, at the World Economic Forum in Davos, the president of China was appealing for the defence of free trade, warning that there can be no winner in the trade war Trump threatened to wage not only against China. I’ll go even further: if such war should actually break out as a result of accusing China of currency manipulations and of imposing punitive, prohibitively high customs on Chinese goods purchased by the USA, China stands to lose less than the United States.
    It is characteristic that when president Xi ensured the new French president, Emmanuel Macron, in a phone conversation, that he would defend the Paris agreement of December 2015, aimed to limit climate change by controlling the greenhouse gas emissions, president Trump is still threatening to withdraw from this agreement, one reached with such difficulty and so badly needed.

    Who is the biggest?

    Though certainly China will not become, by the end of the 21st century, the “middle country” as there will be no such thing in the multipolar world of the future, its economy, with a PPP GDP of USD 21.3 trillion, is already bigger than the American one by nearly 15 per cent (calculated at market exchange rates, the US GDP of USD 18.6 trillion is 63% bigger than the Chinese one) and 11 per cent bigger than that of European Union, still including the United Kingdom (calculated at market exchange rates, UE’s GDP of 16.3 trillion is bigger than the Chinese one by nearly 43 per cent). Let us not forget, however, that all this might comes not only from Shanghai or Shenzhen, as China still employs more people (33.6 per cent) working in agriculture, which produces just 8.6 per cent of the GDP, than in industry (30.3 per cent) contributing 40.7 per cent of the GDP. Services account for only half of its national income (80 per cent in the USA).
    China is the world’s biggest exporter (USD 2 trillion in 2016) and second biggest importer (USD 1.44 trillion, the biggest importer being the USA with 2.2 trillion). Beijing has amassed the world’s largest foreign-exchange reserves amounting to the equivalent of ca. USD 3 trillion; it’s more than the sum total of foreign-exchange reserves held by four economies ranking after China on this list: Japan, Switzerland, Saudi Arabia and Taiwan. If we were to look far ahead into the future and see Chinese reserves together with those held by Taiwan and Hong Kong, then the currency reserves of such “greater” China exceed the sum total of the aforementioned countries plus those of Russia, India and South Korea.

    Peaceful expansion or Chinese imperialism?

    Therefore, China has enough not only to maintain the stability of its own economy, but it also has at its disposal an immense capital to invest outside the country. It is already doing so, because, even though the cumulated foreign direct investment, FDI, in China amounts to USD 1.46 trillion, and the Chinese FDI abroad to 1.29 trillion, the Chinese FDI in other countries has, for three years now, been higher than foreign investment in China. In 2016, Chinese FDI reached a historically high level of USD 189 billion, as much as 40 per cent more than a year before. Over 37 billion of this amount (as much as 77 per cent more than in the previous year) went to European Union member states. It’s curious that while some seek – and rightly so – to attract Chinese capital, others accuse China of a sort of Chinese imperialism. There is no threat of the latter as to Beijing the Chinese outward economic expansion is mostly an instrument of the policy that serves internal affairs. At this stage, it’s a good way to ensure high economic growth and, consequently, rising incomes and to hold in check the immense internal migration from the countryside to cities.
    While Americans save 17.6 per cent of their national income (21.4 per cent in EU), the value for China is as huge as 46 per cent. This is a lot and though China is trying to slowly reduce the propensity to save, favouring a relatively faster consumption growth, the country still has huge funds for domestic and foreign investment. No wonder then that it is looking around all over the world for attractive places to place them. Striding the New Silk Road, China also reaches Central Eastern Europe, and this current will pick up speed with the “16+1” initiative addressing countries of the region – from Estonia and Latvia in the north through Czech Republic and Slovakia in the middle all the way to Albania and Macedonia in the south. Poland, the largest economy in this 16-strong group, has absorbed, to date, less Chinese FDI than Romania and Hungary, but in 2016 the amount stood already at over half a billion USD.

    New pragmatism with a Chinese characteristic

    In the same way as it was naïve, a quarter of a century ago, with the cold war coming to an end following the collapse of the Soviet Union, to expect that the USA, taking advantage of its economic power, including financial, political and military might, would “save the world” and effectively become its progressive leader, it would be equally naïve at present to expect something similar from China. Despite its might, it has neither funds, nor the intentions to do so, the way it is suspected of by some and even accused of by others. China by no means wishes to dominate the world, it just wants to use globalization to its advantage, not necessarily at the expense of others, and sometimes even helping them, too.
    Unlike in nature, in politics and economy no system is pure as we are always dealing with some sort of mixture of them. This is also the case of China, where elements of communist centrally-planned economy, not yet fully removed, interplay with the elements of open free market economy, which have been predominant for at least a dozen or so years; where still significant symptoms of statism co-exist with liberalised capitalist enterprise.
    It is very important that China of all places – the country that means so much to the future of the world – is where new pragmatism is coming to the fore. Advocating globalisation while pointing out the imperative of making it more inclusive, realising the necessity to decrease the scale of trade and financial imbalance in the global economy, taking even greater care of the environmental balance than some highly developed countries, China is slowly entering the path of economic policy suggested by new pragmatism. There is hardly any neoliberalism there, a corrupted state capitalism is increasingly fading (though it is still too prevalent), while more and more new pragmatism ideas are gaining ground. Indeed, nobody else, on such a great scale and with such global consequences, can equally effectively couple the might of the invisible hand of the market with the visible hand of the state. Only Nordic economies do it better, also Canada, but their impact on processes taking part in the global economy is marginal.

    Battle to streamline the globalization

    A great battle to streamline the globalization is on. This – coupled with security issues and the concern for environment – may determine the “to be or not to be” of our civilisation. China can significantly help co-shape the desirable face of the future, limiting the mounting global threats and the risk of a great disaster that goes far beyond the economic dimension. And this is what the world is in for if, on the one hand, the economy is switched back to neoliberal business as usual groove, and, on the other hand, if we fail to control the escalation of new nationalism. However, we can hope that neither of the two happens, and the credit for that should go, to a great extent, to China.
    If that country manages to defend free trade from the designs of economic nationalists – this time headed by USA; if it saves the Paris agreement of all of the world’s countries on counteracting climate warming, and talks the USA out of its reprehensible intention to leave this project; if, by investing trillions of US dollars in the coming decades in Africa and Middle East, it will stimulate a high growth rate there, which, by improving living conditions and slowing down the demographic explosion, will save Europe from the influx of tens of millions of immigrants; if it helps find a solution to the festering conflict around North Korea’s nuclear programme, the way it helped about Iran, then we will all benefit from it. So one should not fear China. One should count on it.

    Waiting for G-20

    In our beautiful democratic world there is always a referendum or election going on, in Greece or Italy, in the UK or France, in Austria or the Netherlands, in Spain or Germany, and meanwhile all is quiet in China… Somewhere, in the faraway Brazil, Madam President is removed from office, somewhere closer to Beijing, in South Korea also Madam President is ousted, and meanwhile all is quiet in China … In Northern Africa and in the Middle East the Arab Spring compromises itself, and meanwhile all is quiet in China… Well, relatively quiet at least. This is one more factor making it possible only for that country to inspire a huge project such as One Belt One Road and to set about its implementation with verve.
    At the July G-20 summit in Hamburg – a meeting of countries accounting in total for ca. 85 per cent of the global output and 90 per cent of the global trade – all eyes and cameras will be not only on the host, chancellor Angela Merkel, but most of all on the president of the USA and on the Chinese leader. And while the former will be mostly looked at as out of curiosity, the latter, in principle, for practical reasons. After all, there is no shortage of problems to solve and it so happens that China may have the most to offer on the matter. China will not save the world, but can help, better than anyone, prevent it from turning upside down.

    Published at “Roubini’s EconoMonitor”, May 24th, 2017 (http://www.economonitor.com/blog/2017/05/will-china-save-the-world/)

  6. (2718.) Czy Chiny zbawią świat

    Chiński przywódca Xi Jinping opowiada się za globalizacją, co w rosnącym stopniu wspomagać może długofalowy rozwój światowej gospodarki. Amerykański prezydent Donald Trump nie służy globalizacji i wręcz utrudnia rozwój światowej gospodarki. Być może, na krótką metę niektóre jego posunięcia ożywią gospodarkę USA, ale za to już szkodzą gospodarce globalnej. Później zaś narastać będzie nierównowaga, w tym ponownie deficyt budżetowy i dług publiczny w samym USA. Nowy amerykański prezydent sądzi, że jego „Trumponomika” to taka współczesna Reaganomika, ale tylko tak mu się wydaje. 35 lat temu Reaganomika była wodą na młyn neoliberalizmu, z całą jego szkodliwością widoczną w pełni ex post. Szkodliwość ekonomicznego nacjonalizmu Trumpa z czasem też będzie coraz wyraźniejsza.

    Wizja, nie iluzje

    O ile wieloletni okres 3-procentowego wzrostu PKB to mrzonka amerykańskiego prezydenta, o tyle tzw. nowy Jedwabny Szlak to realistyczna inicjatywa chińskiego prezydenta, jeszcze głębiej niż dotychczas włączająca jego kraj do nieodwracalnej globalizacji. Zarazem to próba nadawania jej bardziej inkluzywnego charakteru. Podczas gdy amerykański prezydent żywi się iluzjami, chiński przywódca ma wizję. Dokładnie odwrotnie niż pół wieku temu. Taki dysonans ma kolosalne implikacje dla przyszłości świata.
    To znamienne, że w tym samym czasie, gdy zaprzysięgany na schodach Capitol Hill 45-ty prezydent Stanów Zjednoczonych mówił (a raczej krzyczał) America first!, na Światowym Forum Gospodarczym w Davos prezydent Chin wzywał do obrony wolnego handlu, przestrzegając, że w wojnie handlowej, którą Trump groził nie tylko Chinom, nie może być zwycięzcy. Powiem więcej; gdyby do takiej wojny doszło za sprawą pomawiania Chin o manipulacje walutowe i nakładania karnych, prohibicyjnie wysokich ceł na chińskie towary kupowane przez USA, to Chiny straciłyby na tym mniej niż Stany Zjednoczone.
    To znamienne, że gdy prezydent Xi zapewniał w rozmowie telefonicznej nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona, że bronił będzie paryskiej umowy z grudnia 2015 roku, która ma na celu ograniczenie zmian klimatycznych poprzez kontrolowanie emisji gazów cieplarnianych, prezydent Trump nadal grozi, że zamierza wycofać się z tego jakże trudno osiągniętego i potrzebnego porozumienia.

    Kto największy?

    Aczkolwiek z pewnością do końca XXI wieku Chiny nie staną się „państwem środka” – bo takiego w wielobiegunowym świecie przyszłości nie będzie – to ich gospodarka, z PKB liczonym parytetem siły nabywczej w wysokości 21,3 bln USD, już jest większa od amerykańskiej o prawie 15 proc. (licząc według kursu rynkowego, amerykański PKB w wysokości 18,6 bln jest większy od chińskiego o 63 proc.) i od Unii Europejskiej, tej wciąż jeszcze z Wielką Brytanią, o 11 proc. (licząc według kursu rynkowego unijny PKB w wysokości 16,3 bln jest większy od chińskiego o prawie 43 proc.). Nie zapominajmy jednak, że przy tej potędze Chiny to nie tylko Szanghaj czy Shenzhen, bo wciąż zatrudniają więcej ludzi (33,6 proc.) w wytwarzającym zaledwie 8,6 proc. PKB rolnictwie niż w przemyśle (30,3 proc.), który daje 40,7 proc. PKB. Usługi to tylko połowa ich dochodu narodowego (w USA 80 proc.).

    Chiny to największy eksporter na świecie (2 bln USD w 2016 r) i drugi największy importer (1,44 bln; największy importer to USA, 2,2 bln). Pekin zgromadził największe na świecie rezerwy walutowe wynoszące równowartość około 3 bln dolarów (sześć razy więcej niż PKB Polski); to więcej niż suma rezerw czterech kolejnych gospodarek na tej liście: Japonii, Szwajcarii, Arabii Saudyjskiej i Tajwanu. Gdy zaś spojrzeć daleko w przyszłość i dostrzec tam rezerwy chińskie wraz z tajwańskim i Hongkongiem, to wtedy zapasy walutowe takich „większych” Chin przewyższają sumę wspomnianych państw i jeszcze dodatkowo Rosji, Indii i Południowej Korei.

    Pokojowa ekspansja czy chiński imperializm?

    Chiny mają zatem z czego nie tylko podtrzymywać stabilność własnej gospodarki, lecz dysponują również ogromnym kapitałem do zainwestowania na zewnątrz kraju. Już to robią, bo chociaż skumulowane bezpośrednie inwestycje zagraniczne, BIZ, w Chinach wynoszą 1,46 bln USD, a chińskie za granicą 1,29 bln, to od dwu lat chińskie BIZ realizowane w innych krajach przewyższają te zagraniczne lokowane w Chinach. W roku 2016 chińskie BIZ osiągnęły rekordowy poziom 189 mld USD, aż o 40 proc. więcej niż rok wcześniej. Z tej kwoty ponad 37 mld (aż o 77 proc. więcej niż w roku poprzednim) trafiło to krajów Unii Europejskiej. To ciekawe, że podczas gdy jedni zabiegają – i słusznie – o dopływ chińskich kapitałów, inni oskarżają je o swoisty chiński imperializm. To nam nie grozi, bo chińska zewnętrzna ekspansja gospodarcza jest dla Pekinu przede wszystkim instrumentem polityki służącej sprawom wewnętrznym. To w tej fazie dobry sposób na zapewnienie wysokiej dynamiki gospodarczej, a w ślad za tym wzrostu dochodów ludności i utrzymywanie w ryzach wielkiej wewnętrznej migracji ludności ze wsi do miast.
    Podczas gdy Amerykanie oszczędzają 17,6 proc. swego dochodu narodowego (w UE 21,4 proc.), to Chińczycy aż 46 proc. To za dużo i choć starają się powoli obniżać skłonność do oszczędzania, sprzyjając relatywnie szybszemu wzrostowi konsumpcji, to wciąż mają ogrom środków na inwestycje krajowe i zagraniczne. Nic dziwnego przeto, że rozglądają się po świecie za atrakcyjnymi miejscami ich lokat. Krocząc nowym Jedwabnym Szlakiem, docierają też do Europy Środkowo-Wschodniej, a nurt ten nabierał będzie na wartkości w związku z inicjatywą „16+1” adresowaną do krajów naszego regionu – od Estonii i Łotwy na północy poprzez Czechy i Słowacja pośrodku aż do Albanii i Macedonii na południu. Polska, największa gospodarka w tej 16-ce, jak dotychczas zaabsorbowała mniej chińskich BIZ niż Rumunia i Węgry, ale w 2016 roku była to już znacząca kwota przekraczająca pół miliarda USD.

    Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką

    Tak jak ćwierć wieku temu w obliczu zakończenia zimnej wojny po rozkładzie Związku Radzieckiego naiwnością było oczekiwanie, że to USA, korzystając ze swej potęgi gospodarczej, w tym finansowej, politycznej i militarnej, „zbawią świat” i skutecznie zostaną jego postępowym przywódcą, tak naiwnością obecnie byłoby spodziewanie się czegoś podobnego po Chinach. Nie mają one mimo swej potęgi na to ani środków, ani – w odróżnieniu do USA – chęci, o co niektórzy je podejrzewają, a inni nawet oskarżają. Chiny bynajmniej nie pragną świata zdominować, a tylko wykorzystać globalizację z pożytkiem dla siebie i niekoniecznie kosztem innym, a czasami wręcz im pomagając.
    Inaczej niż w przyrodzie, w polityce i gospodarce żaden system nie jest czysty, zawsze bowiem mamy do czynienia z jakąś ich mieszanką. Tak jest i w przypadku Chin, gdzie sprzęgają się ze sobą jeszcze nie do końca zlikwidowane elementy socjalistycznej gospodarki centralnie planowanej z dominującymi już od co najmniej kilkunastu lat elementami otwartej gospodarki rynkowej, gdzie przenikają się wciąż znaczące symptomy etatyzmu ze zliberalizowaną kapitalistyczną przedsiębiorczością.
    To bardzo ważne, że akurat w Chinach – tym tak wiele znaczącym dla przyszłości świata kraju – coraz wyraźniej do głosu dochodzi nowy pragmatyzm. Opowiadając się za globalizacją przy wskazywaniu zarazem na imperatyw jej większej inkluzywności, dostrzegając nieodzowność zmniejszania skali nierównowagi handlowej i finansowej w światowej gospodarce, troszcząc się nawet bardziej niż niektóre kraje wysoko rozwinięte o równowagę ekologiczną (skądinąd do zakłócenie której wcześniej sporo się przyczyniając), Chiny wchodzą powoli na ścieżkę polityki gospodarczej sugerowaną przez nowy pragmatyzm. Neoliberalizmu tam prawie nie ma, skorumpowanego kapitalizmu państwowego coraz mniej (choć cały czas za dużo), natomiast wątków związanych z nowym pragmatyzmem coraz więcej. Nikt bowiem na taką skalę i z takimi globalnymi konsekwencjami nie potrafi równie skutecznie zgrywać potęgi niewidzialnej ręki rynku z widzialną ręką państwa. Lepiej robią to tylko państwa nordyckie, także Kanada, ale ich wpływ na procesy biegnące w światowej gospodarce jest znikomy.

    Gra o racjonalizację globalizacji

    Toczy się wielka gra o racjonalizację globalizacji. To – obok kwestii bezpieczeństwa i troski o stan środowiska naturalnego – być albo nie być naszej cywilizacji. Chiny istotnie pomóc mogą we współkształtowaniu pożądanego oblicza przyszłości, limitując piętrzące się globalne zagrożenia i ryzyko wielkiej katastrofy daleko wykraczającej poza obszar ekonomiczny. A to światu grozi, jeśli udałoby się ponownie skierować gospodarkę z jednej strony na neoliberalne tory business as usual, z drugiej natomiast, jeśli nie uda się opanować eskalacji nowego nacjonalizmu. Mieć wszakże można nadzieję, że nie stanie się ani jedno, ani drugie, a to w dużej mierze właśnie za sprawą Chin.
    Jeśli obronią one wolny handel przed zakusami ekonomicznych nacjonalistów – tym razem z USA na czele – jeśli uratują paryskie porozumienie wszystkich państw świata w sprawie przeciwdziałania ocieplaniu klimatu i wyperswadują USA karygodny zamiar wycofania się z tego projektu, jeśli inwestując w następnych dekadach biliony dolarów w Afryce i na Bliskim Wschodzie, stymulować będą tam wysokie tempo wzrostu, co poprzez poprawę warunków życia i przyhamowanie eksplozji demograficznej uratuje Europę przed dopływem dziesiątków milionów imigrantów, jeśli pomogą znaleźć rozwiązanie konfliktu jątrzącego się wokół nuklearnego programu Korei Północnej, podobnie jak pomogły w przypadku Iranu, to wszyscy na tym skorzystamy. Chin zatem nie trzeba się bać. Trzeba na nie liczyć.

    Czekając na G-20

    O ile w tym naszym pięknym, demokratycznym świecie ciągle odbywają się jakieś jak nie referenda, to wybory, jak nie w Grecji, to we Włoszech, jak nie w Wielkiej Brytanii, to we Francji, jak nie w Austrii, to w Holandii, jak nie w Hiszpanii, to w Niemczech, to w Chinach spokój… Gdzieś tam daleko w Brazylii odwołują panią prezydent, gdzieś bliżej w Korei Południowej też zdejmują ze stanowiska panią prezydent, a w Chinach spokój… W Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie kompromitacja Arabskiej Wiosny, a w Chinach spokój… No, przynajmniej względny spokój. To jeszcze jeden czynnik, dla którego tylko w tym kraju możliwe jest zainspirowanie tak ogromnego projektu jak Jeden Pas, Jeden Szlak i przystąpienie z wigorem do jego realizacji.
    Na odbywającym się w Hamburgu na początku lipca szczycie państw G-20 – a grupa wytwarza w sumie około 85 proc. światowej produkcji i realizuje 90 proc. globalnego handlu – oczy i kamery skierowane będą nie tylko na gospodarz, kanclerz Angelę Merkel, lecz przede wszystkim na prezydenta USA i chińskiego przywódcę. Podczas gdy na tego pierwszego głównie ze względów kuriozalnych, to na tego drugiego zasadniczo ze względów praktycznych. Nie brakuje przecież problemów do rozwiązania i akurat tak się składa, że to właśnie Chiny mogą mieć najwięcej sensownego do zaproponowania w tej sprawie. Świata nie zbawią, ale pomóc w tym, by się nie wywrócił, mogą jak nikt inny.

    “Rzeczpospolita”, 16 maja 2017, s. B4

  7. (2717.) Strategiczny błąd

    Staram się, by nie zawodziła mnie wyobraźnia, bo pomaga ona w unikaniu nie zawsze przyjemnych zaskoczeń. Ale bywa, że jej nie starcza. Tak też było wtedy, gdy w 1996 roku jako wicepremier i minister finansów przedstawiłem rządowi i społeczeństwu pakiet „Euro-2006”, trzecią część „Strategii dla Polski” (zob. Publikacje na http://www.tiger.edu.pl). Pokazywał on, jak prowadzić gospodarkę, aby po dekadzie, już w roku 2006, być gotowym do przyjęcia wkrótce potem wspólnej waluty europejskiej, tego fundamentalnego spoiwa procesu integracji. Dwie dekady temu euro jeszcze nie istniało, ale wiadomo było, że powstanie. Najwcześniej jak było to możliwe, w roku 2007, przystąpiła doń tylko jedna gospodarka posocjalistyczna, Słowenia. Polska mogła być drugą, ale tak się nie stało. Przyznam, nie starczało mi wtedy wyobraźni, że wcześniej dokonają tego poradzieckie Estonia, Łotwa i Litwa; że po dwudziestu latach, w roku 2017, Bułgaria będzie bliżej euro niż Polska; że w Polsce nadal będą trwały deliberacje, czy w ogóle wstępować do euro…

    Euro a sprawa polska

    To dobrze, że artykułem „Czy Polska zbawi Europę?” („Rzeczpospolita”, 3.01.17) udało się rozpętać ogólnonarodową debatę w sprawie przystępowania Polski do euro. Na tych łamach pojawiło się kilkanaście ciekawych tekstów, głos zabrało wielu znaczących profesorów, dwu byłych ministrów i dwu wiceministrów finansów, a także – co ważne – główni ekonomiści wpływowych organizacji przedsiębiorców i menedżerów. Pracodawcy RP, Polska Rada Biznesu i BBC jednoznacznie wypowiedzieli się za wprowadzaniem euro. Takie stanowisko zajęła też zdecydowana większość dyskutantów, acz żaden z nas, co jasne, nie bezwarunkowo.
    Dyskusja głośnym echem przebija się też w innych mediach i na rozmaitych forach politycznych, akademickich i społecznościowych. I słusznie, bo to obecnie jedna z zasadniczych kwestii, do których musimy się sensownie odnieść. W sferze gospodarczej bodajże najważniejsza. Dlatego nic dziwnego, że wypowiedzieli się również czołowi rządzący politycy. Czy jest szansa, że zachowają się racjonalnie? A niby dlaczego mieliby tak nie postąpić? Jeśli niektórzy z nich – także ci najbardziej wpływowi – nie mają racji, to trzeba ich skutecznie przekonać do sprawy konwergencji. Nie służy temu mentorski ton pouczania i polityczne ataki w stylu zaprezentowanym w artykułach S. Gomułki i M. Goliszewskiego (14.03.17) czy A. Wojtyny (28.03.17). Jeśli decydenci z najwyższej półki mają zmienić zdanie, to można to osiągnąć wyłącznie poprzez zasianie wątpliwości w ich toku myślenia. Nic nie służy temu lepiej niż dobre argumenty i spokojna, rzeczowa rozmowa. Nic nie szkodzi temu bardziej niż wymądrzanie się wobec tych, od których decyzje zależą.

    Argumenty polityczne

    Być może szansa w tym, że choć część rządowej opozycji opowiada się za wprowadzeniem euro, to zarazem bardzo ona nie chce, aby dokonała tego władza Prawa i Sprawiedliwości, byłby to bowiem jej wiekopomny sukces. Może zatem rząd, Sejm, Senat, NBP i prezydent zrobią to na złość opozycji, a przy okazji z pożytkiem dla społeczeństwa i gospodarki?
    Lech Kaczyński, prezes PiS-u, sądzi, że z wprowadzeniem euro należy poczekać, aż średnie dochody w Polsce osiągną co najmniej 85 proc. dochodów w Niemczech. Bynajmniej nie ma takiej konieczności. Więcej nawet; jeśli przystąpimy do euro, przewaga naszego tempa wzrostu nad Niemcami może się zwiększyć o dodatkowe ok. 0,5 punktu procentowego i wtedy szybciej cyferki się odwrócą. Z obecnego 58 proc. ich PKB na mieszkańca (licząc parytetem siły nabywczej) poziom 85 proc. można by osiągnąć o pięć lat szybciej, około 2030 roku. Pozostanie poza euro ten dystans wydłuża, a nie skraca.
    Mateusz Morawiecki, wicepremier-minister rozwoju i finansów, powiada, że może warto zaczekać jeszcze 10-20 lat, bo ani euro nie jest optymalnym obszarem walutowym, ani Polska nie jest jeszcze do konwersji walutowej gotowa. Pierwsza teraz jest słuszna, ale to nie zmienia faktu, że euro istnieje i przebywając poza nim, nie możemy korzystać z pewnych możliwości wzmacniania procesów wzrostu i szybszego wzbogacania się. Na tym też ma polegać odpowiedzialna strategia rozwoju. Co zaś do tezy drugiej, to jesteśmy prawie gotowi i to „prawie” można dobrą polityką za parę lat usunąć.
    Adam Glapiński, prezes NBP, chyba najlepiej rozumie istotę sprawy, bo spędza na szczytach banku centralnego – a to naprawdę dobry punkt obserwacji – już ósmy rok. Tym bardziej dziwna jest jego powściągliwość odnośnie do euro. Uzasadnione zadowolenie z kondycji własnego pieniądza nie zaprzecza szansie na jeszcze większe zadowolenie, kiedy w kraju NBP będzie miał mniej do powiedzenia, ale za to przedstawiciel Polski współkształtować będzie europejską politykę monetarną, zasiadając w zarządzie Europejskiego Banku Centralnego.
    Ważne jest to, że Polska wchodząc do obszaru euro, od razu plasuje się w trzonie procesu integracji europejskiej. To postawiłoby w zupełnie innym – lepszym – świetle całą narrację w Unii Europejskiej, praktycznie kończąc, a co najmniej zasadniczo ograniczając dryf w stronę Europy „kilku prędkości”. Zwraca na to słusznie uwagę W. Małecki (26.04.17). Skoro można być w centrum procesu, to po co skazywać się na jego peryferie? Przecież na peryferiach będzie mniej, wolniej, gorzej. Tego PiS na pewno nie chce, a dystansując się od euro, może się do tego przyczynić.
    Argument o możliwości utrącenia przez Polskę kursu na Europę wielotorową ma kolosalne znaczenie polityczne. Mężowie stanu nie mogą tego nie rozumieć, a politycy nie powinni lekceważyć, ponoszą za to bowiem bez mała historyczną odpowiedzialność. Taki jest ten czas, że w warunkach nieodwracalnej globalizacji przystępowanie Polski do euro, a nawet sama deklaracja w tej sprawie wzmocniłoby UE w konkurencji zewnętrznej, zwłaszcza z USA i Chinami. Tędy zatem droga.

    Siedem twardych argumentów ekonomicznych

    Rozstrzygające bywają argumenty polityczne, ale doprawdy ważniejsze są ekonomiczne. Nie opowiadałbym się za decyzją w tak ważnej sprawie jak zastąpienie narodowej waluty wspólnym pieniądzem europejskim, gdybym nie był przekonany o opłacalności tego przedsięwzięcia. Ale też nie forsowałbym tego bez uzyskania poparcia większości społeczeństwa. Choć aktualnie jest ono nastawiona sceptycznie, to da się przekonać racjonalną i konsekwentną argumentacją. Sięgnijmy przeto do siedmiu głównych argumentów za euro w Polsce i Polską w euro.
    1. Największa korzyść to wyeliminowanie ryzyka walutowego w obszarze, w którym obroty rozliczane są w euro, a to ok. 70 proc. naszego eksportu i importu. Wielu przedsiębiorców jest zdezorientowanych co do opłacalności prowadzonych interesów, bo nie wie, jakie będą koszty i przychody na ich styku z zagranicą i nie potrafi się ubezpieczyć przed płynącym stąd ryzykiem. Takiej niepewności pozbawieni są choćby przedsiębiorcy niemieccy w kontaktach z kontrahentami hiszpańskimi czy francuscy z włoskimi.
    2. Niepewność przenosi się do sfery inwestycji, bo skoro nie wiadomo, co będzie opłacalne w produkcji, to i nie wiadomo jak opłacalne okażą się projekty inwestycyjne uzależnione od współpracy z zagranicą stosującą euro. Nieprzewidywalność zmian kursu złotego to jedna z przyczyn słabej dynamiki inwestycji, a to przecież w sposób oczywisty szkodzi wzrostowi gospodarczemu, tym bardziej że Polska chcąc kroczyć ścieżką ponadprzeciętnego tempa wzrostu, musi realizować strategię wzrostu ciągnionego przez eksport.
    3. W ceny towarów wliczone są koszty transakcyjne wynikające z wymiany złotych na euro i na odwrót przy okazji handlu i wyjazdów zagranicznych oraz transferów finansowych, w tym idące w miliardy euro przekazy od Polaków przebywających za granicą. Z tego tytułu jako konsumenci i producenci płacimy finalnie aż kilkanaście miliardów złotych więcej niż w alternatywnej sytuacji posiadania euro.
    4. Kapitalne znaczenie przy euroizacji miałaby odczuwalna redukcja długu publicznego i obciążających nas kosztów jego obsługi. Aktywa rezerwowe Polski to równowartość ok. 110 miliardów euro. Wchodząc do obszaru wspólnej waluty, trzeba racjonalnie zagospodarować te rezerwy, a nie ma lepszego sposobu niż przeznaczenie znaczącej ich części – nawet 75 proc. – na spłatę części zadłużenia zagranicznego. Oznaczałoby to zmniejszenie długu publicznego o 17 punktów, do ok. 35 proc. PKB. Znaleźlibyśmy się wówczas w lepszej klasie krajów, z większym spokojem patrzących w przyszłość.
    5. Długu w walutach obcych łatwo nie wykupimy, bo rentowności naszych obligacji są bardzo atrakcyjne dla ich posiadaczy. Ale nawet gdyby udało się to w połowie, to i tak w krótkim okresie dług publiczny w stosunku do PKB spadłby o około 8 punktów, co miałaby istotne znaczenie. Podobną kwotę można by przeznaczyć na specjalny fundusz narodowy, Poland’s Sovereign Welfare Fund, PSWF, na podobieństwo świetnie funkcjonującego funduszu w Norwegii. PSWF powinien powstać z troską o następne pokolenie, ale można by z niego czerpać także na określone strategiczne inwestycje o długim okresie zwrotu, zwłaszcza w kapitał ludzki oraz na rozwój infrastruktury niezbędnej do sprawnego funkcjonowania polskiej gospodarki i jej wysokiej konkurencyjności w przyszłości.
    6. Uruchomienie procedury konwersji walutowej byłoby jakościową zmianą, która pociągnęłaby za sobą poprawę międzynarodowej pozycji finansowej Polski i przy okazji spadek stóp procentowych. Wystarczy porównać (stan na początek maja 2017) stopy procentowe polskich papierów (1,53 proc. krótkookresowe, 3-miesięczne oraz 3,47 proc. dla rządowych obligacji 10-letnich) ze stopami dla strefy euro (odpowiednio –0,33 i 0,34).
    7. Wkraczanie Polski do euro na przełomie trzeciej dekady znakomicie służyłoby utrzymywaniu dyscypliny finansów publicznych i pożądanych makroproporcji ekonomicznych. Rząd skrajnie optymistycznie zakłada obniżanie deficytu budżetowego z 2,9 proc. PKB w 2017 roku do 2,5, 2,0 i 1,2 proc. odpowiednio w latach 2018, 2019 i 2020. Sądzę, że to jest nierealistyczne w obliczu już podjętych i politycznie deklarowanych działań o istotnych konsekwencjach dla salda przychodów i wydatków publicznych. Gdybyśmy zaś szli do euro, koniecznością byłoby utrzymanie deficytu w każdym kolejnym roku poniżej 3 proc. PKB. Co ważniejsze, ta relacja, wynikająca nie tylko z formalnych kryteriów konwergencji walutowej z Maastricht, lecz z ekonomicznego rozsądku, sprzyjałaby zarówno równowadze gospodarki, jak i poprzez szybsze formowanie się kapitału jej dynamizacji.

    Nowy pieniądz, stara Konstytucja

    To są argumenty powalające wobec mamienia ludzi, że oto przyjezdni z zagranicy spustoszą nasze sklepy. Przecież już gdzieniegdzie przyjeżdżają, ale swymi wydatkami nakręcają naszą, a nie ich koniunkturę. Nie straszmy też siebie wyimaginowanymi podwyżkami cen. Tak, to się może zdarzyć, choć na minimalną, śladową wręcz skalę. Ale przy wymianie pieniądza zdarzać będą się także obniżki cen. Przechodziliśmy przez coś podobnego, gdy w roku 1995 zdenominowaliśmy złotego, skreślając cztery zera. Weźmy taki przykład. Jeśli w moim osiedlowym sklepiku płatki owsiane kosztują 3,99 zł, to przy wymianie pieniądza w relacji 4:1 (a tego rzędu stosunek jest ekonomicznie zasadny) cena w euro powinna wynosić 0,9975 euro. Założymy się, że nie zostanie przez sprzedawczynię zaokrąglona w górę do 1,00 euro, lecz w dół i wyniesie 0,99 euro, a więc mniej niż równowartość 3,99 złotego? Cena spadnie w tym przypadku o 0,75 proc.
    Nie zmieniajmy Konstytucji, zmieńmy pieniądz, a z czasem wszyscy na tym dużo lepiej wyjdziemy. Zaniechanie tego w obecnej sytuacji ekonomicznej i politycznej to byłby strategiczny błąd.

    „Rzeczpospolita”, 10 maja 2017, s. A6

    • (2719.) Panie Profesorze. Ostatnio oglądałem Pana w telewizji, gdzie prezentował Pan tezy takie jak w powyższym tekście. Wspomniał Pan wówczas że najistotniejsze jest nie samo wejście do strefy Euro ale kurs po jakim tam wchodzimy. Odniosłem wtedy wrażenie że jest Pan zwolennikiem jak najwyższego kursu EUR/ PLN , by wspomóc eksporterów. Ale wtedy wszystkie skumulowane oszczędności, fundusze emerytalne i cały majątek prywatny i państwowy będzie zredukowany a długi wzrosną. Czy to nie jest również przejaw neoliberalizmu a więc wspomagania firm kosztem ludzi? Czy może coś pokręciłem?

  8. (2716.) Ucieczka do przodu

    Trwa czas zamętu. Wyjątkowy, historycznie rzecz biorąc, zbieg rozmaitych okoliczności – kulturowych, technologicznych, politycznych, ekonomicznych i ekologicznych – stawia współczesność przed niespotykanymi na taką skalę wyzwaniami. Ludzkość bynajmniej nie jest skazana na klęskę, ale by wybrnąć z obecnej wręcz niebezpiecznej sytuacji, konieczne jest zrozumienie, co i dlaczego tak naprawdę ma miejsce. A rzeczy dzieją się tak, jak się dzieją, bo wiele dzieje się naraz. Bez intelektualnego ogarnięcia kształtujących współczesność skomplikowanych współzależności nie sposób prawidłowo zdiagnozować stan rzeczy, a bez takiego werdyktu nie ma z kolei szans na zaproponowanie zasadnego kierunku działań na przyszłość. Potrzebne jest nowe spojrzenie i odmienne niż dotychczas podejście.
    W czasach, kiedy to dzięki kolejnej rewolucji naukowo-technicznej, przemianom kulturowym i szybkiemu wzrostowi gospodarczemu oraz postępowi społecznemu miało już być dużo lepiej, splot okoliczności doprowadził do Jeszcze Większego Kryzysu, JWK. Przestrzegałem przed tym już dekadę temu, pisząc książkę zatytułowaną nie bez powodu „Wędrujący świat”. Gdy wywołany podporządkowaniem się złym wartościom w sferze społecznej i nieudolnością polityki finansowej kryzys made in USA rozprzestrzeniał się po zglobalizowanej gospodarce, można było jeszcze miarkować nieco skalę JWK, ale szybko okazało się, że staje się on nieuchronny. Obecnie targa otaczającą nas rzeczywistością na wielu polach: od gospodarki do stosunków społecznych, od polityki do bezpieczeństwa, od demografii do migracji, od środowiska naturalnego do sfery kulturowej. I chociaż światowa produkcja rośnie w tempie aż 3,5 procent rocznie, to mało kto twierdzi, że jest lepiej.
    Nie jest, gdyż więcej nie oznacza lepiej. Żyjemy bowiem nie od dziś w poPKBowskiej rzeczywistości, która wymaga poPKBowskiej teorii ekonomii i bazującej na niej poPKBowskiej polityce wzrostu gospodarczego i strategii rozwoju społecznego. Rację ma Maciej Bałtowski, gdy stwierdza, że w obecnej złej sytuacji „Winni są także ekonomiści” („Rzeczpospolita”, 27.02.17). Jedni intelektualnie pogubili się w gąszczu złożoności zjawisk i procesów, które próbują wyjaśniać, nie dostrzegając, że świat zmienia się w niebywałym tempie i rodzi się nowa jakość, wobec której stare narzędzia badawcze i poglądy są mało przydatne. Inni dali się zwieść fałszywym ideologiom albo najzwyczajniej zostali skorumpowani przez wpływowe grupy interesów. I tak wielu „znanych ekonomistów” nie tylko nie potrafiło przewidzieć wybuchu kryzysu finansowego w roku 2008, lecz również nie pojmowali istoty nadchodzącego Jeszcze Większego Kryzysu, który ma charakter strukturalny i instytucjonalny. Jest on uwikłany tak gospodarczo, jak i kulturowo, wymaga przeto zarówno zmiany systemu wartości, jak i sposobów uprawiania polityki gospodarczej. To wszystko zaś wymaga odrzucenia zdezaktualizowanej wiedzy i oparcia się na poprawnej, odpowiadającej współczesnym wyzwaniom i uwarunkowaniom teorii ekonomicznej.

    Gwoździe do trumny

    Bezsprzecznie obecny kryzys to wielka kompromitacja neoliberalizmu, który w istocie służy wzbogacaniu nielicznych kosztem większości. Niezbicie dowodzą tego fakty. W USA system i polityka celowo działały tak, że udział 1 proc. najbogatszych Amerykanów w całkowitych dochodach rósł szybciej po opodatkowaniu niż przed. O ile udział dochodów brutto wzrósł od roku 1979 do 2007 z 8 do 16 proc. ogółu dochodów, to udział dochodów netto zwiększył się odpowiednio z 8 do 17 proc., a według innych danych nawet do 20 proc. Pomimo kryzysu tendencje dotychczas te nie zostały odwrócone. Aż 3/5 przyrostu udziału dochodów najbogatszych Amerykanów w całości dochodów wynika z przejęcia dochodów innych, a jedynie 2/5 można tłumaczyć takimi czynnikami podażowymi, jak zwiększenie wydajności wskutek istotnego podniesienia kwalifikacji w warunkach skokowego postępu technicznego i organizacyjnego czy też zwiększenia czasu pracy. Nie mają więc racji ci, którzy twierdzą, że niezadowolenie społeczne idące w ślad za narastaniem nierówności jest skutkiem obecnej fazy rewolucji naukowo-technicznej oraz związanej z globalizacją migracji siły roboczej. To fakt, że jej masowy dopływ do krajów bogatszych pociąga za sobą relatywny spadek dochodów niżej uposażonych, mniej wykwalifikowanych pracowników, jednak to wszystko nie jest główną siłą sprawczą nierówności. Te obiektywne procesy, których znaczenie uwypukla także Andrzej K. Koźmiński („Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm”, 2.02.17), nakładają się na stymulowany neoliberalizmem wtórny, dokonywany poprzez rynek i fiskusa podział dochodów, co z kolei w debacie toczącej się na łamach „Rzeczpospolitej” słusznie akcentuje Jacek Tomkiewicz („Czy jesteśmy skazani na nowy nacjonalizm?”, 17.02.17).
    Nie należy przy tym wszystkim neoliberalizmu mylić z liberalizmem społeczno-gospodarczym i kulturowym, za którym trzeba się opowiadać, ponieważ jedynie na takich wartościach jak wolność i tolerancja, demokracja i rynek, przedsiębiorczość i konkurencja można budować lepszą przyszłość. Natomiast zła deregulacja, finansyzacja gospodarki i tendencyjna polityka redystrybucji fiskalnej to skutki neoliberalizmu, który już dawno powinien wylądować na śmietniku historii. Niestety, ta Hydra nadal podnosi swój łeb, ponieważ nie ma jasności, co ma go zastąpić. Powiadam, że jeśli słychać odgłos wbijania gwoździa do trumny neoliberalizmu, to jest to gwóźdź przedostatni. Sama kompromitacja, tak oczywista, nie wystarczy. By był to gwóźdź ostatni, potrzebna jest odmienna, lepsza propozycja. Tym bardziej że siła neoliberalnego lobby nie powinna być lekceważona. Jest ono mocno osadzone przede wszystkim w sektorze finansowym i w powiązanych z nim partykularnymi interesami strukturach polityki kształtujących rozwiązania systemowe odnośnie do regulacji i nadzoru finansów sensu largo oraz w mediach kształtujących opinię publiczną. Niestety, zakorzenione jest ono też w części środowiska akademickiego i naukowo-badawczego.

    Z deszczu pod rynnę?

    Tymczasem gdy sam od lat jako jedyne sensowne antidotum na neoliberalne schorzenia proponuję nowy pragmatyzm, łeb podnosi nacjonalizm, ostatnio określany jako nowy, bo jego zakres i charakterystyka różnią się od tego, co znamy z przeszłości. Nic dziwnego, że ludzie rozłoszczeni neoliberalizmem, jego zachłannością i niesprawiedliwością, wychodzą wpierw z siebie, a potem na ulice. I na tych ulicach albo anarchizują, niekiedy ostro, przeciwko istniejącemu stanowi rzeczy, albo nawołują do demokratycznego wyboru innych polityków. Niestety również tych, którzy zaaplikują im zbawienny, a jakże!, nowy nacjonalizm.
    Nowy nacjonalizm to bękart neoliberalizmu. Akcja wywołuje reakcję. Wczesne sygnały były lekceważone przez rządzące polityką i duszami tzw. elity. W Polsce zlekceważono ostrzeżenie, jakim był tzw. lepperyzm, który przecież zrodził się w odpowiedzi na szok bez terapii z początku lat 1990. Nieobcy w ideologii i polityce Platformy Obywatelskiej nurt neoliberalny to przyczyna rozwinięcia się nurtu populistycznego w programie i działaniach Prawa i Sprawiedliwości. W Wielkiej Brytanii establishment z nonszalancją odniósł się do akcji Occupy London, co także przyczyniło się do motywowanego nowym nacjonalizmem Brexitu. De facto rządzące w USA kręgi storpedowały propozycje wdrożenia tzw. podatku Tobina ograniczającego kryzysogenne, ale za to sprzyjające krociowym zyskom spekulacje finansjery. Brak sensownej, praktycznej reakcji na protesty w rodzaju Occupy Wall Street to woda na młyn populistycznego Trumpizmu.
    To fakt, że protesty nierzadko bywają reakcją na inne niż neoliberalizm patologie. Rewolucyjne wręcz demonstracje na kijowskim Majdanie czy kairskim placu Tahrir to protesty nie przeciwko neoliberalizmowi, bo nawet liberalizmu tam nie starczało, a przeciw skorumpowanemu państwowemu kapitalizmowi. Państwowy kapitalizm i neoliberalizm to przeciwieństwa, ale bynajmniej wróg mego wroga nie jest moim przyjacielem; bywa on niekiedy jeszcze większym wrogiem. I tak właśnie jest z nowym nacjonalizmem. To fundamentalnie zła odpowiedź na zło neoliberalizmu.
    Nie da się zbyt długo ukrywać ksenofobii i szowinizmu za fasadą patriotyzmu (także ekonomicznego). Nie da się zahamować globalizacji okrzykami America first! czy Vive France! Hasło Polska dla Polaków też nie ma dobrej przyszłości, a Alternative für Deutschland to nie żadna kreatywna alternatywa dla Niemiec, tylko jałowa próba leczenia jednej choroby inną. Sądzę, że mając wielu przeciwników, nowy nacjonalizm przegra – we wszystkich swoich odsłonach, choć prędzej ten prezydenta USA, Donalda Trumpa, niż ten prezydenta Turcji, Recepa Erdogana, szybciej ten francuski spod sztandarów Marie Le Pen niż ten rosyjski pod przywództwem Władimira Putina. Nowy nacjonalizm minie – acz nie bezpowrotnie, bo i w przyszłości jeszcze nieraz będzie się odzywał – gdyż ma silnych przeciwników, a wśród nich nieodwracalną globalizację i zdrowy internacjonalizm, ponadnarodowy korporacjonizm i społeczną gospodarkę rynkową, multikulturowość i tolerancję.

    Ekonomia umiaru

    Nie ma się dokąd cofać. Trzeba uciekać do przodu, a kierunek powinien wyznaczać nowy pragmatyzm. To heterodoksyjna, czerpiąca z rozmaitych wątków wcześniejszych szkół ekonomii, teoria ekonomii zarówno opisowej, wyjaśniająca jak się rzeczy mają, jak i normatywnej postulująca, co i jak czynić, by miały się lepiej. Nowe czasy i nowe okoliczności potrzebują nowej teorii, bo stara się przeżyła. Marian Gorynia w tekście pt. „Nowy pragmatyzm. Jak jest z nim naprawdę?” (22.02.17) zwraca uwagę, i nie bez powodu, na potrzebę skonkretyzowania mikroekonomicznych fundamentów tego nurtu myślowego, ale warto zaznaczyć, że nowy pragmatyzm to zarys teorii głównie makroekonomicznej i stąd wynikające sugestie co do strategii potrójnie – gospodarczo, społecznie i ekologicznie – zrównoważonego długofalowego rozwoju. Nowy pragmatyzm, będąc czymś więcej niż innowacyjną koncepcją stricte ekonomiczną, to interdyscyplinarna wiedza posiłkująca się zdobyczami socjologii i psychologii, filozofii i antropologii, historii i ekologii. Odnosi się on w większym stopniu do gospodarki narodowej i światowej niż do przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowego, ale bynajmniej nie abstrahuje od skali mikro, sięgając, gdy trzeba, do dorobku ekonomii behawioralnej i nauk o zarządzaniu.
    Nowy pragmatyzm nie gubi z pola widzenia ani ludzi, ani pieniędzy, dostrzega nie tylko kwestie efektywności i konkurencyjności oraz dynamiki i równowagi, lecz również środowiska i bezpieczeństwa, patrzy na zjawiska i procesy tak przez pryzmat zachowań jednostki, jak i ludzkości. Jest zatem propozycją teorii holistycznej, całościowo ujmującą analizowane kategorie, zjawiska i procesy, a przy tym jest i eklektyczny metodologicznie, co chroni to podejście przed ryzykiem popadnięcia w rutynę i ugrzęźnięcia w koleinach zawężonego pola obserwacji.
    Nowy pragmatyzm to też ekonomia uczciwa, domagająca się światłego interwencjonizmu, co powinno być oczywiste w czasach, gdy uczciwości nie starcza nawet tak uznanym firmom, jak Apple, Deutsche Bank czy Volkswagen. Samo wykładanie etyki biznesu na uczelniach i moralizowanie w mediach nie wystarczy. To wreszcie ekonomia umiaru, bo jak to już dawno temu pojęła mądrość ludowa, „co za dużo, to nie zdrowo”. Bez umiaru w gospodarce nie będzie w niej także równowagi, a mało co tak szkodzi rozwojowi jak jej brak. Co ważne i ciekawe, ukazało się już kilka książek poświęconych teorii i praktyce nowego pragmatyzmu; przygotowywane są następne. To dobrze, jest bowiem o czym dyskutować. Nowy pragmatyzm przenika też do szerszego świata, stając się po wielu, wielu latach stagnacji przedmiotem eksportu polskiej myśli społeczno-ekonomicznej.
    Wiem, że nowy nacjonalizm przegra, choć nie wiem, kiedy i jakim kosztem to się stanie. Niestety, nie wiem czy i kiedy – choć powinien i może – wygra nowy pragmatyzm, bo i on ma swoich wrogów. To nie tylko neoliberalizm i nowy nacjonalizm, lecz także protekcjonizm i zaściankowość, partykularyzm i prywata, wybiórczość i krótkowzroczność. Tym bardziej trzeba walczyć. Jest o co.

    “Rzeczpospolita”, 4 maja 2017, s. A10

    • (2725.) Jedni intelektualnie pogubili się w gąszczu złożoności zjawisk i procesów, które próbują wyjaśniać, nie dostrzegając, że świat zmienia się w niebywałym tempie i rodzi się nowa jakość, wobec której stare narzędzia badawcze i poglądy są mało przydatne.

      Co to znacza nowe narzędzia badawcze?
      Pamiętam kiedyś słuchałam Pana wywiadu w którym Pan stwierdził że to stabilizacjia zatrudnienia i funkcjiionowania w szerokim słowa tego znaczeniu dla jednostki jest ważniejsza niż wysokie zarobki bo po pewnym pułapie więcej się nie zje i więcej niż ustawa przewiduje nie kupi – to jak się ma ten Pana pragmatyzm i praktycyzm do tej rodzącej się ,, nowej jakości ” – ja tam nowej jakości nie widzę tylko wręcz psucie jakości która została wypracowana

    • (2726.) Rację ma Maciej Bałtowski, gdy stwierdza, że w obecnej złej sytuacji „Winni są także ekonomiści” („Rzeczpospolita”, 27.02.17). Jedni intelektualnie pogubili się w gąszczu złożoności zjawisk i procesów, które próbują wyjaśniać, nie dostrzegając, że świat zmienia się w niebywałym tempie i rodzi się nowa jakość, wobec której stare narzędzia badawcze i poglądy są mało przydatne. Inni dali się zwieść fałszywym ideologiom albo najzwyczajniej zostali skorumpowani przez wpływowe grupy interesów.

      te słowa Pan przytoczył w swoim wpisie
      mnie nurtuje zwrot ,, rodzi się nowa jakość”
      właśnie może sobie odpowiedzmy na pytanie co to w ogóle jest jakość………….
      moim zdaniem nie mam mowy o tym żeby jakość była nowa…………………
      jakość to jest coś wypracowane przez dekady co jest nie zmienne , ugruntowane i zbalansowane
      miedzy tym dla kogo (człowiek) i po co ( rzecz lub w imię czego)
      Pan chyba mał na myśli przytaczając M. Bałtowskiego psucie jakości ?

  9. (2715.) Nie tylko o Polsce, kryzysie, prezydencie Trumpie, euro i nowym pragmatyzmie…
    Kto zechce, może obejrzeć i posłuchać:

    “’Patriotyzm’ Trumpa jest ekonomicznie nierozsądny”, „Rozmowa poranka”, TVN24 BiS, 1 marca 2017 http://tvn24bis.pl/poranek,146,m/kolodko-patriotyzm-trumpa-jest-ekonomicznie-nierozsadny,719521.html

    „Po przemówieniu prezydenta Trumpa w Kongresie USA”, „Rozmowa dnia z Jackiem Żakowskim”, TV SuperStacja, 1 marca 2017 http://www.superstacja.tv/program/rozmowa-dnia-prof-grzegorz-w-kolodko,6452689/

    „Czy Polska wejdzie do Strefy Euro? A jeśli tak, to po co?”, Radio TOK FM, 6 marca 2017 http://audycje.tokfm.pl/podcast/Czy-Polska-wejdzie-do-Strefy-Euro-A-jesli-tak-to-po-co/47086

    „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm”, Debata Profesorska, Akademia Leona Koźmińskiego w Warszawie, 8 marca 2017 https://www.youtube.com/watch?v=7zfUnJ7f8KU&list=PLqeLBuMtUtcSbe7GavU5MJ0XrrDMNsH1_

    „Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm, czyli inne spojrzenie na gospodarkę”, „W samo południe”, Polskie Radio Program I, 9 marca 2017 http://www.polskieradio.pl/7/473/Artykul/1737179/

  10. (2714.) January 30, 2017
    Professor Grzegorz W. Kolodko has been awarded with the title of Honorary Citizen of Tczew, his home town, “for ethically exemplary attitude and promotion in the field of economics, the economy and social policy“. The special session of the Town Council at which the distinction has been handed, occurred in the Culture and Art Center, 10 Cardinal Wyszynski Street.

  11. (2713.) Styczeń 30, 2017
    Prof. Grzegorz W. Kołodko został zaszczycony tytułem Honorowego Obywatela Tczewa, swego rodzinnego miasta, „za etycznie wzorową postawę oraz promocję w dziedzinie ekonomii, gospodarki i polityki społecznej”. Uroczyste wręczenie tytułu odbyło się w Dniu Tczewa podczas uroczystego posiedzenia Rady Miejskiej w Centrum Kultury i Sztuki przy ul. Kardynała Stefana Wyszyńskiego 10.

  12. (2712.) January 17, 2017
    In recognition “For promoting the idea of organic work” Professor G. W. Kolodko has been awarded by the Hipolit Cegielski Society the medal of LABOR OMNIA VINCIT.

  13. (2711.) Styczeń 17, 2017
    W uznaniu „Za krzewienie idei pracy organicznej” prof. G. W. Kołodko został wyróżniony przez Towarzystwo im. Hipolita Cegielskiego medalem LABOR OMNIA VINCIT.

  14. (2704.) KONFERENCJA ĆWIERĆWIECZA
    Tutaj https://www.youtube.com/playlist?list=PLqeLBuMtUtcQyYTyWRuF8WLp7PN5eZIxI można obejrzeć relację z wyjątkowej – i udanej, jak podkreślają uczestnicy – konferencji pt. “Jaka przyszłość dla polskiej gospodarki?” To debata z udziałem Pana Mateusza Morawieckiego, Wicepremiera-Ministra Gospodarki i Finansów oraz wszystkich byłych wicepremierów ds. gospodarczych okresu transformacji po 1989 roku, którzy przyjęli zaproszenie: Marka Belki, Marka Borowskiego, Henryka Goryszewskiego, Grzegorza W. Kołodko, Waldemara Pawlaka, Janusza Piechocińskiego, Jacka Rostowskiego i Janusza Steinhoffa.

    • (2707.) Ciekawe że Pan Morawiecki wspomina o Elwro w kontekście wrogiego przejęcia, czy tam wyprzedaży majątku narodowego obcemu kapitałowi :) – akurat tak się składa że Siemens wykupywał i zamykał firmy także w NRD co słyszałem od znajomych Ossi.
      Tyle że dla nich to nie zagraniczny kapitał i nie zmienia deficytu obrotów bieżących… i tyle, ale ciężko mi sobie wyobrazić kryzys w którym akurat takie firmy by uciekły.

      • (2708.) Poza tym nie zgadzam się z takimi aluzjami że 200 lat temu coś się stało i jesteśmy tacy owacy – bo jedni powiedzą: przeżyliśmy Ruska przeżyjemy Tuska a drudzy: przeżyliśmy 3 zabory przeżyjemy i Kaczory.
        Nie ważne czy jakiegoś państwa nie było 123 lata czy 2000 (bo i takie przecież są i były), wszyscy jesteśmy ludźmi i uczymy się żyć z naszego otoczenia, mas mediów, rozmów, szkoły, książek, fimów, snów, i urojeń oraz archetypów jakie są akurat na topie, co ma do tego 200 lat temu?
        W innych krajach też nie ma praworządności; czy któryś Pan minister słyszał chociażby o aferze amerykańskich kas oszczędnościowo pożyczkowych, żeby trochę cofnąć się od dzisiejszych cyrków. Uważam że to jacy jesteśmy zależy od jednak od bliższych czasów.

  15. (2703.) Panie Profesorze,

    czy dałoby radę u Pana na blogu wstawić wyszukiwarkę? Jest już wiele podstron, ciężko to wszystko przeglądać, jak chce się znaleźć jakąś konkretną rzecz.

  16. (2702.) CO WARTO PRZECZYTAĆ? J.K. GALBRAIRH: “WITAMY W ZATRUTYM KIELICHU: GRECKI KRYZYS A PRZYSZŁOŚĆ EUROPY”

    Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2016. s. 267 (http://ksiegarnia.pwn.pl/Witamy-w-z…). PWN zwróciło się do mnie, abym napisał Przedmowę (s. 9-38) do książki Galbraitha. Oto jej krótkie fragmenty:
    Książka Galbraitha zawiera potężny ładunek informacji z pierwszej ręki oraz interpretacji z wysokiej półki. Z pierwszej ręki, bo autor uczestniczył w greckich wydarzeniach jako doradca rządu, bliski współpracownik z uwagą obserwowanego w kraju i na świecie nieortodoksyjnego ministra finansów, Yanisa Varoufakisa, także profesora ekonomii, z którym nieco wcześniej współdziałał w Lyndon B. Johnson School of Public Affairs na Uniwersytecie Teksas w Austin. Z górnej półki, bo autor dostarcza nam nie tylko masę sprawdzonych faktów, zweryfikowanych danych, odniesień do źródłowych dokumentów, lecz również wartościową, bo najczęściej poprawną ich teoretyczną interpretację. Zdaję sobie sprawę z tego, że ta konstatacja nie wszystkim się spodoba, podobnie jak na pewno niejednemu podobać się nie mogą ostre, niekiedy nawet skrajne polityczne oceny, którym z czytelnikami dzieli się autor. Stara się bowiem przekonująco dowodzić, że seria działań narzucanych Grecji z zewnątrz była i jest szkodliwa nie tylko ze względu na ignorancję jej autorów, lecz także z powodu dążenia do zdominowania i peryferyzacji, jeśli wręcz nie neokolonizacji tego kraju.
    (…) Tzw. trojka – Komisja Europejska (KE), Europejski Bank Centralny (EBC) i Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) – de facto szantażem zmusiły Grecję do oficjalnego zaakceptowania ekonomicznie nonsensownego programu, który zakładał rychły powrót na ścieżkę wzrostu gospodarczego, oczywiście po stosownym zaciśnięciu pasa i krótkim tylko – jakże inaczej? – a zarazem płytkim spadku dochodu narodowego. W szczególności MFW w swoim memorandum z początku bieżącej dekady zakładał recesję wywołaną ostrym dostosowaniem fiskalnym, tyle że miała on trwać krótko, wynieść 5 procent i już po dwu latach, w roku 2013 gospodarka miała być na ścieżce wzrostu. W rzeczywistości recesja trwała ponad pięć lat, a PKB spadł o z górą 25 procent. Do ożywienia gospodarczego i wzrostu produkcji nie doszło – z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami dla zatrudnienia i bezrobocia, dla budżetu i drastycznego ograniczenia zakresu i jakości usług publicznych, łącznie z oświatą i ochroną zdrowia.
    Jak można było proponować, lansować, wymuszać – no bo przecież nie wierzyć weń? – „program”, który niby miał doprowadzić po latach wyrzeczeń do sytuacji, a której dług publiczny w roku 2020 miałby wciąż wynosić aż 120 procent PKB, a więc dwukrotnie więcej niż przyzwala na to kryterium fiskalne konwergencji walutowej z Maastricht? W rezultacie fatalnej, narzuconej przez „trojkę” polityki produkcja spadała, a zadłużenie rosło. I działo się to pomimo cięć wydatków budżetowych i podnoszenia podatków. W rezultacie relatywny dług publiczny, liczony w stosunku do spadającej produkcji rośnie, choć jego wielkość nie wzrasta już w wymiarze absolutnym.
    Co ciekawe, ćwierć wieku wcześniej, gdy w Polsce neoliberałowie forsowali swój autentyczny szok z iluzoryczną terapią, MFW starał się miarkować ich zapędy. Byłem tego świadkiem, kierując wówczas Instytutem Finansów i uczestnicząc w wielu dyskusjach. Minister Finansów był bardziej papieski w swym doktrynerstwie niż papież monetaryzmu i neoliberalizmu – MFW zdominowany przez Amerykanów, zwłaszcza tych wywodzących się z tzw. chicagowskiej szkoły ekonomii.
    (…) W ekonomii i w polityce gospodarczej trzeba mieć nie tylko wiedzę, lecz i wyobraźnię, aby wykraczać poza utarte schematy myślowe, które nie przystają do szybko zmieniającej się, niekiedy radykalnie, rzeczywistości. W polityce, którą definiuje się jako umiejętność wykorzystywania nadarzających się okazji, wyobraźnia jeszcze bardziej jest potrzebna. A nuż ktoś podstawi nam jakiegoś trojańskiego konia… Nie tylko nie wiadomo, jaka będzie pogoda, ceny, kursy, podaż, popyt, lecz nade wszystko nie wiadomo, co „oni” zrobią. Oni, a więc koalicjanci i opozycja, przyjaciele i wrogowie, kraj i zagranica, biedni i bogaci, no i, oczywiście, te słynne rynki.
    Co ciekawe, w polityce czasami sami politycy nie wiedzą, jaki będzie ich następny ruch, często bowiem przypomina ona bardziej wolną amerykankę niż szachy. Zaplanować wszystkiego nie sposób, ale przewidzieć, choć to niełatwe, można próbować. Czasami wszakże – jak w przypadku greckiej sagi, bo saga to już – jest to nadzwyczaj trudne. Kolejne jej odsłony przesuwają się przed nami jak kartki ekonomiczno-politycznego thrillera. Tego, co się dzieje, żaden pisarz by nie wymyślił. Ani Homer, ani Sofokles, no może Nikos Kazandzakis, autor nieśmiertelnego „Greka Zorby”. Co ciekawe, ten Zorba miał na imię tak jak premier Grecji w latach 2015-20??, Aleksis, a jego przygoda kończy się jedną wielką katastrofą. Gdy już wszystko, co z przygodnym przyjacielem zbudowali, wali się, śmiejąc się, pyta go, czy widział kiedyś taką piękną katastrofę?! Nie widział, bo takiej jeszcze nie było! Takiej jak ta, którą współcześnie „trojka” kroi Grecji – podczas tej jedynej w swoim rodzaju „wojny troj(k)ańskiej – też jeszcze nie było, tyle że ta katastrofa, jeśli doń dojdzie, piękna nie będzie i nie będzie się z czego śmiać, ani wokół czego tańczyć…

  17. (2701.) I’ve got e-mail from the Social Science Research Netowrk:
    Dear Grzegorz W. Kolodko:
    Your paper, “BREXITOLOGY”, was recently listed on SSRN’s Top Ten download list for: ERN: Economic & Political Integration (Topic), ERN: Other Institutions & Transition Economics: Political Economy (Topic), PSN: Political Institutions of the European Union (Topic), PSN: Regime Transitions (Topic), PSN: Regime Transitions (Topic) and Political Institutions: Non-Democratic Regimes eJournal.
    You may view the abstract and download statistics at: http://ssrn.com/abstract=2820523.

  18. (2700.) Jan Kazimierz na mojej stronie http://www.facebook.com/kolodko pisze a propos artykułu opublikowanego w „DGP” o poziomie polskiej ekonomii i jakości naszych ekonomistów: „Larum w “Dzienniku” grają, a Pan Profesor nic?!”.
    Odpowiedziałem, ale – co dziwne – FB blokuje umieszczenie mego własnego komentarza. Oto on:
    Inni piszą, choćby Profesor Bałtowski, wybitny uczony trochę lepiej obeznany z ekonomią niż autor gazetowego artykułu, w opublikowanej przez Wydawnictwo Naukowe PWN książce: „Od czasów Oskara Langego i Michała Kaleckiego, a więc od ponad 50 lat, Grzegorz W. Kołodko jest pierwszym polskim ekonomistą, który podjął wyzwanie wniesienia twórczego wkładu do światowej ekonomii nie tylko w postaci przyczynkarskich artykułów naukowych, lecz przez kompleksową i spójną koncepcję teoretyczną odnoszącą się do zasadniczych problemów ekonomicznych współczesności i przyszłości.” (“Ekonomia przyszłości. Wokół nowego pragmatyzmu Grzegorza W. Kołodko” – http://ksiegarnia.pwn.pl/Ekonomia-przyszlosci.-Wokol-nowego-pragmatyzmu-Grzegorza-W.-Kolodko,614671644,p.html). Notabene, mój indeks cytowań (w zdecydowanej większości samodzielnych, nie zespołowych opracowań), h-index=31.
    Co zaś tyczy się poziomu polskiej ekonomii, to w istocie nie jest on najwyższy. Problem także w tym, że w przypadkach, kiedy nasza myśl jednak wnosi coś nowego, częstokroć nie jest na świecie znana, bo istnieje tylko w polskim języku. Jeśli nie publikuje się po angielsku w renomowanych periodykach i książkach poważnych wydawnictw, to tak jakby nie publikowało się wcale… Liczy się, co skądinąd też jest patologią, prawie wyłączenie język angielski. Wkrótce ukazuje się kolejny mój artykuł naukowy, o greckim kryzysie. Publikowany jest w pięciu językach (angielski, polski, rosyjski, chiński, japoński) w pięciu tzw. impaktowych periodykach. W sumie przeczyta go chyba więcej ekonomistów w ludnych Chinach niż tych spośród nas, którzy pracują po angielsku. Ale liczyć (także w rankingach cytowań) będzie się właśnie ta publikacja po angielsku…
    Trochę podobnie jest z literaturą czy aktorstwem. Znam wiele polskich książek o klasę lepszych niż amerykańskie czy angielskie bestsellery, ale z natury rzeczy żadna z nich nie ma szans na nagrodę Bookera. Mamy niejednego aktora lepszego niż hollywoodzkie gwiazdy, ale czy ktoś w USA słyszał na przykład o Pszoniaku albo Gajosie?

  19. (2699.) Szanowny Panie Kołodko, szanowny Panie Profesorze,

    minął prawie rok od wyborów, a przyśpieszenia wzrostu gospodarczego ani widu, ani słychu. Kłócenie się o promile (czy wzrost będzie 3,4 % czy też 3,8%) publicystów i analityków dokonujących prognoz na rok 2017 niewiele tu pomoże.

    Z mediów można dowiedzieć się o rekonstrukcji rządu. Stanowisko stracił minister finansów Pan Paweł Szałamacha. Z tego co wyczytałem w internecie ministrem (a raczej superministrem) finansów, oprócz oczywiście ministerstwa rozwoju (dawne ministerstwo gospodarki) objął Pan Mateusz Morawiecki.

    Mam pytanie: czy superminister finansów i rozwoju coś zmieni? Czy uda się jednak osiągnąć przynajmniej 5% wzrostu gospodarczego? Jak ocenia Pan, Panie Profesorze możliwość realizacji obietnic wyborczych przy dość niskim, 3 procentowym wzroście gospodarczym- czy starczy pieniędzy?

    Z poważaniem,

    Paweł Fröhlich

  20. (2698.) Kłaniam się
    Chciałbym zapytać jak ocenia Pan Profesor wystąpienie Hillary Clinton podczas pierwszej debaty
    Pozdrawiam serdecznie, Radek

    • (2696.) Mam pytanie związane z 500+: otóż sam miałem wątpliwości że rozdawanie pieniędzy bez kryterium dochodowego to marnotrawstwo z punktu widzenia rozbudzania popytu (o wątku reprodukcyjnym nie ma nawet co mówić) ale okazuje się że wszyscy moi znajomi którym rodzą się dzieci zaczynają płakać jakie wszystko jest drogie. Czy zna Pan jakieś badania dot. powiązania dzietności z MPC? Może to ukryte kryterium “konsumpcyjne” – może i tu nie żartuje PIS odkrył / odkryje nowy mechanizm?

      • (2697.) Z tym “odkryciem” mam na myśli to że jeżeli nawet taki związek istnieje tylko chwilowo w określonym miejscu i czasie to odniesie określony skutek – czyż nie? Czy można to wykluczyć? To co w teorii ‘głupie’ przez przypadek może wyjść ma dobre, ot, ironia sudźby – nigdy nie znamy pełnych skutków naszych poczynań bo nie wiemy co się jeszcze zdarzy.

      • (2709.) No właśnie to nieszczęsne 500+ i wydłużone urlopy macierzyńskie -zasadne!
        Trzeba się przyznać i wyrazić autonomiczne zdanie że przez 20 lat
        młodzi byli zaniedbywani mówiło się wiecznie o świadczeniach przedemerytalnych,
        emeryturach pomostowych , wczesniejszych emeryturach. Po otwarciu granic
        młodzi mieli poradzić sobie sami -ale nie zapominajmy że to wstępni a nie zstępni są
        filarem gospodarki zawsze tak było i bedzie czyli suma sumarum i tak w związku z działaniami
        które zostały poczynione i nie poczynione przez ostatnie 20 lat będzie trzeba obniżyć emeytury.

        • (2710.) No właśnie jak to się ma na dzień dzisiejszy do racjionalizacji wydatków budżetowych stwierdzenie że to wstępni a nie zstępni stanowią filar gospodarki? a jak powinno być?

  21. (2692.) I HOPE IT IS NOT FORBIDDEN TO READ MY BOOK “TRUTH, ERRORS AND LIES: POLITICS AND ECONOMICS IN A VOLATILE WORLD” IN TURKISH? (“Gezici Dünya. Geçmişten geleceğe: küresel ekonomi – politik” http://ikiayayincilik.com.tr/search/?s=Gezici+D%C3%BCnya)

    “Turkey has temporarily banned all academics from travelling abroad, officials say.
    The move follows last week’s failed coup and comes amid a wide-ranging purge of state employees. More than 50,000 people have been rounded up, sacked or suspended. including about 21,000 teachers. (…)
    So far about 1,577 university deans (faculty heads) have been asked to resign in addition to 21,000 teachers and 15,000 education ministry officials.(…)
    The Higher Education Council has asked university rectors to “urgently examine the situation of all academic and administrative personnel” linked to what it calls the Fethullah Terrorist Organisation (Feto) and report back by 5 August. It has also told universities that academics who are already abroad on work or study missions should return home “within the shortest possible time”. A government official told the Reuters news agency that the ban on academics travelling abroad was a temporary measure implemented to stop alleged coup plotters in universities from fleeing abroad.” (“Turkey coup attempt: Academics banned from going abroad” http://www.bbc.com/news/world-europe-36843180)

  22. (2691.) Брекситология

    Поколение назад, во второй половине 1980-х, едва ли кто-то мог предвидеть скорый крах реального социализма, или, как говорят на Западе, коммунизма, и распад Советского Союза. Напротив, даже известные советологи полагали, что СССР будет существовать довольно долго. Однако вышло иначе, Френсис Фукуяма провозгласил конец истории – преждевременно, а сонмы советологов, в основном американских и британских, переквалифицировались в экспертов по политическим процессам в посткоммунистической части мира. Они стали специалистами по всему комплексу проблем трансформации – политических и юридических, социальных и культурных, но главное, конечно, экономических и финансовых. Спрос был высок, да и оплачивалось это очень хорошо.

    Быстро возникло и укрепилось целое междисциплинарное течение – транзитология. Каждый работающий в общественных науках, от скромного младшего научного сотрудника до светил, стремился иметь хотя бы одну публикацию по постсоциалистической трансформации, по переходу от централизованного планирования к свободному рынку. Сегодня литература по этой теме столь обширна, что если бы не цифровые технологии, ее не вместила бы ни одна библиотека.

    История не повторяется, но сейчас происходит нечто подобное. Без сомнения, возникнет брекситология, междисциплинарное знание о причинах, ходе и бесчисленных последствиях выхода Великобритании из Европейского союза. Эти последствия выходят далеко за пределы одной страны или даже интеграционного объединения, и лежат далеко за пределами прогнозируемого будущего. Со временем станут очевидными и отрицательные, и положительные последствия Брексита, хотя последних будет значительно меньше.

    Иррациональность

    Хотя Брексит часто описывают в ярких красках и сравнивают с землетрясением, никаких материальных повреждений он не принес. Наводнение не поглотило плодородные поля, не сгорели в пожарах заводы и фабрики, не рухнули мосты, и даже не разбился ни один стакан виски. Но в состоянии шока находится политическая и социальная сфера, личные и общественные, национальные и международные планы и ожидания. Существенно расширилось поле неопределенности, неуверенности, что чрезвычайно затрудняет принятие рациональных решений. Более чем когда-либо высока потребность в кардинальном изменении институтов, в частности процедур регулирования экономических процессов, от торгового законодательства до трансграничного перемещения рабочей силы. Это со всей очевидностью демонстрирует фундаментальную важность установленных в современной экономике правил игры. Сегодняшние плохие времена очень хороши для экономистов, и еще лучше для юристов, поскольку вопросов здесь гораздо больше, чем ответов.

    Чаще всего возникают различные вопросы о краткосрочных последствиях решения незначительного, но большинства британцев, принявших участие в голосовании 23 июня, о выходе из Евросоюза. Насколько сильно упадет ВВП (а он упадет) на островах и на континенте? Насколько вырастет безработица (а она вырастет)? Продолжит ли падать фунт и укрепится ли швейцарский франк? Отделится ли Шотландия? Сколько иммигрантов из Восточной Европы покинут Британию? Упадут ли цены на недвижимость в Лондоне? Вопросы в основном такие, и ими никоим образом не следует пренебрегать, но мне хотелось бы привлечь внимание к вопросу значительно более важному в смысле перспектив рыночной экономики и будущего всего мира.

    Будь это крошечный Люксембург или Мальта, Словения или Эстония, все равно возникло бы немало путаницы, но выход Великобритании составляет большую проблему. Важно понять, почему большинство проголосовало вопреки соображениям здравого смысла и экономической целесообразности. Это вопрос скорее к «брекситологам» – социологам, чем к экономистам. Многие из 51,9% проголосовавших просто не отдавали себе отчета в том, что именно они делали. Масштабы демагогии и оглупляющей пропаганды, транслируемой политиками и медиа, были таковы, что миллионы людей повели себя нерационально. В самом деле, рационален тот, кто действует в собственных интересах на основе имеющейся информации. А информацией манипулировали и даже ее фальсифицировали. Трудно представить, что жители Англии и Уэльса, в отличие от жителей Шотландии и Северной Ирландии, большинство которых решили остаться в Евросоюзе, осознанно действовали себе во вред. Они не знали, что делали, и со временем пожалеют. Некоторые уже пожалели.
    Вывод очевиден. Те, кто формирует общественное мнение, политики, эксперты, журналисты, аналитики, несут колоссальную ответственность. Демократия – прекрасная вещь, она самоценна, но большинство не обязательно право, если оно следует эмоциям или не располагает надежной и достаточной информацией по очень сложным вопросам, поскольку это просто невозможно.

    Так было с прошлогодним референдум в Греции, так произошло с самоубийственным июньским референдумом в Великобритании, весьма велики риски грядущего осеннего референдума в Италии. Массы голосующих не осознают долгосрочных последствий своего выбора. Как говорится, мы не видим дальше своего носа, не думаем, что то или иное решение может значить для других, тех, что далеко от нас. А потом доходит до Брексита, и впереди ждет немало плохого.

    Фестиваль глупости

    Многие могут считать, что Брексит автоматически вызовет мощную волну реформ, упорядочивающих международные экономические отношения, особенно функционирование Европейского союза, которое, и в самом деле, оставляет желать лучшего. Будем надеяться, что они не будут разочарованы, хотя есть опасения, что последует настоящий фестиваль глупости, с самыми нелепыми идеями. А идеи действительно здравые вместо того, чтобы улучшить работу механизма, напротив, могут еще больше осложнить ситуацию, как, например, в случае законного желания сократить численность комиссаров Евросоюза. Пока уйдет только один, от Британии, но их число надо сократить наполовину. А на какую половину? Ведь дело не в числе комиссаров, а в том, сколько и каких вопросов решается брюссельскими политиками и бюрократией.

    Идеи аналогичного британскому референдума во Франции и Нидерландах, поддерживаемые правыми националистами, в настоящий момент просто политический авантюризм. Создание внутри ЕС нескольких структур с различными степенями интегрированности означает усиление тенденций к децентрализации в ситуации, когда требуется поддержать интеграцию. Подстрекательство национализма (конечно, под вывеской патриотизма, в том числе экономического) тогда, когда необходимы большая открытость и мультикультурность, льет воду на мельницу дезинтеграции и конфликта.
    В текущих обстоятельствах самым сильным ходом для стран, еще не вошедших в зону евро, но которые могут и должны войти в нее в соответствии с договором о членстве, будет объявление о намерении это сделать. Польша, благодаря своему относительно высокому экономическому и политическому весу, здесь наиболее важна. Это даст новый мощный импульс консолидации европейского интеграционного процесса, усилит экономики Восточной Европы за счет ликвидации валютных рисков и снижения транзакционных издержек. Конечно, это должно произойти на выгодных для таких стран условиях, при благоприятном обменном курсе, т.е. таком, который гарантирует конкурентоспособность экспортного сектора. Ведь странам Восточной Европы, которые стремятся к показателям экономического роста выше среднего, необходимо реализовывать стратегию роста за счет экспорта.

    Еще одно необходимое условие – преодоление кризиса в зоне евро, что важно для развития банковского союза и наднациональной координации налогообложения. Но критически важным остается Грекзит. Этот вопрос далеко не решен, и греческий кризис еще вернется, чтобы отомстить. Чтобы избежать этого, следует существенно, примерно наполовину, сократить греческий внешний долг. Решение в основном за Германией и Францией, где в следующем году пройдут парламентские выборы. Экономика может быть снова принесена в жертву политике.

    Если вредная политика ограничений продолжится и выльется в Грексит, если не удастся сохранить соглашение между ЕС и Турцией о контроле над потоком беженцев с Ближнего и Среднего Востока, из Южной Азии и Северной Африки, если итальянцы отвергнут конституционную реформу, предложенную премьер-министром Матео Ренци, если австрийцы выберут президентом националиста, если другие страны проголосуют на референдумах за выход из ЕС – тогда европейский интеграционный процесс спасти не удастся. Все происходит так, как происходит, потому что многое происходит одновременно. И следует помнить, что если Брексит дополнится Грекситом, это будет конец того Евросоюза, который мы знаем.

    Еще Больший Кризис?

    Брексит следует рассматривать не только с точки зрения экономики и не только с позиций европейского континента. Следует принимать во внимание глобальный контекст. Если на выборах в США победит Дональд Трамп, если взаимоотношения России и НАТО ухудшатся, особенно это касается пограничных стран, если экономический рост Китая еще больше замедлится, то будущее, и не только для британцев и остальных европейцев, будет выглядеть очень бледно, мы окажемся на пороге Еще Большего Кризиса. Я писал об этом в книгах «Мир в движении» (М., 2009) и «Куда идет мир: политическая экономия будущего (М., 2014). Мы на пути к нему.

    Мне все еще хочется верить в здравый смысл политиков, которым следовало бы четче определять нужды своих стран и находить пути их удовлетворить. Декабрьское Соглашение по климату в Париже показало, что «невозможное» возможно только при наличии воли и знаний (право, сущий пустяк!). Может быть, на этом повороте истории политики проявят дальновидность и смогут противостоять всем проявлениям популизма. Для этого необходимо, во-первых, отказаться от неолиберальной утопии: она отнюдь не панацея от нагромождения проблем, да и не может ею быть, поскольку служит обогащению меньшинства за счет большинства. Во-вторых, надо избавиться от иллюзии, что панацеей может быть бюрократический государственный капитализм. Нужно следовать путем нового прагматизма, который благодаря синергии рыночных сил и государственного вмешательства поддерживает и национальную экономику, и глобальную, обеспечивая тройное динамическое равновесие: экономическое, социальное и экологическое.

    Следует понимать, что за процессами, происходящими в Европейском союзе, пристально наблюдают в других частях мира, где процессы интеграции далеко не столь развиты, например, в южноамериканском Меркосур, в АСЕАН Юго-Восточной Азии, в африканских САДК на юге и ЭКОВАС на западе, а теперь замедляются или вообще откладываются. Если европейцы не смогли сделать это правильно, может быть, не стоит и пытаться? Стоит. Региональная интеграция – лучший способ творчески адаптироваться к необратимой глобализации.

    Я по-прежнему убежден (и это не вера, а скорее знание, и «брекситология» его со временем подтвердит), что хорошо управляемая глобализация благоприятствует гармоничному развитию мировой экономики. Либерализация и интеграция национальных экономик во взаимосвязанную и взаимозависимую глобальную систему – это хороший рецепт на будущее. Если на этот раз совершить рывок в будущее нам не удастся, не стоит винить в этом греков или британцев, американцев или китайцев. Винить надо ошибки в экономике и глупость политиков, поскольку это они виновны в том, что Европейский союз трещит по швам, в том, что мир так нестабилен и все больше склонен к анархии.

    Гжегож В. Колодко – известный польский ученый-экономист, специалист в области экономической трансформации, интеграции и глобализации, автор научной концепции нового прагматизма. Занимал посты вице-премьера и министра финансов в четырех правительствах Польши. Внес большой вклад в интеграцию страны в Европу, во вступление в ОЭСР и в ЕС.

    (“EkoGrad”, Ijul 14, 2016 http://ekogradmoscow.ru/vshody/eko-ekonomika/breksitologiya)

  23. (2690.) HOW TO MAKE HISTORY

    Twenty years ago I signed in Paris a historical act of Poland joining the Organization for Economic Cooperation and Development, OECD. After a failure of so-called “shock therapy” at the early 1990s, the “Strategy for the Poland” – a comprehensive program of structural reforms and sustainable economic development, which resulted in 28 percent per capita GDP growth in 1994-97, a decline in unemployment by one-third and in inflation by two-thirds – had been successfully implemented (see more: G.W. Kolodko and M.D. Nuti (1977), “The Polish Alternative: Old Myths, Hard Facts and New Strategies in the Successful Transformation of the Polish Economy”, WIDER, Helsinki, and G.W. Kolodko (2000), “From Shock to Therapy: The Political Economy of Postsocialist Transformation”, Oxford University Press, Oxford and New York). Poland’s accession to the OECD had opened the road to the integration with the European Union eight years later.

  24. (2689.) JAK SIĘ ROBI HISTORIĘ.
    Dwadzieścia lat temu, 11 lipca 1996 roku, jako wicepremier i minister finansów RP podpisałem w Paryżu historyczny akt przystąpienia Polski do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, OECD. Po nieudanym szoku bez terapii z początku lat 1990. pomyślnie zrealizowano “Strategię dla Polski” (http://tiger.edu.pl/ksiazki/polska_alternatywa.pdf), kompleksowy program reform strukturalnych i zrównoważonego rozwoju gospodarczego, który zaowocował w latach 1994-97 wzrostem poziomu PKB na mieszkańca aż o 28 proc., spadkiem bezrobocia o jedną trzecią i inflacji o dwie trzecie. Wprowadzenie Polski do OECD ułatwiło działania, które umożliwiły osiem lat później przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.

  25. (2688.) BREXITOLOGY

    “Roubini EconoMonitor” has published my paper called “Brexitology” (http://www.economonitor.com/blog/20…)
    A generation ago, in the second half of the 80s, hardly anyone would predict the fall of real socialism, or communism, as it was known in the West, and the disintegration of the Soviet Union. Quite the contrary; even prominent Sovietologists assumed that the USSR may not fall and would last for quite a long time. When things turned out differently and, consequently, Francis Fukuyama prematurely announced the end of history, thousands of Sovietologists, especially American and British ones, looking to justify their existence, quickly rebranded themselves as experts on political changes in post-communist part of the world. They became the connoisseurs of the complex issues of political, legal, cultural and social transformations, and mostly the economic and financial ones. On the one hand, that’s what was in the greatest demand and, on the other hand, this was quite a profitable business, too.
    A whole current of interdisciplinary knowledge quickly emerged and developed. And, obviously, a pseudo-knowledge: transitology. What became a prevalent desire of those working in social sciences, especially economics – from humble foot soldiers to luminaries – was the wish to have at least one article or paper about the transition, or moving from the socialist economy to the capitalist one or, if you will, from central planning to free market. These days, the literature on the subject is so rich that if it wasn’t for the digitalisation, the whole collection would not fit in any traditional library. History never repeats itself but something similar is taking place now. Undoubtedly, Brexitology will emerge, an interdisciplinary knowledge about the determinants, course and numerous implications of the United Kingdom leaving the European Union. These are implications that go far beyond that country and the European integration grouping, and far beyond the foreseeable future. Over time, both negative and positive consequences of Brexitwill come to be known, though there will be much fewer of the latter ones.
    Irrationality
    What is most striking is that the Brexit decision, though it is vividly referred to as an earthquake, did not in itself cause any real physical damage. No flood submerged fertile farms, no factory burnt down, no bridge came tumbling down, not a single whisky tumbler broke. Meanwhile, what is changing at a shock pace is psychological and political factors: individual and social expectations as well as national and international fields of choice, which greatly increases the area of uncertainty and makes it even harder to take rational decisions. More than anything, though, there is a need for a drastic change in institutions, namely in legal regulations governing economic processes, from foreign trade legislation to the rules of cross-border movement of people. This clearly shows the fundamental importance of the established rules of play in the modern economy. This very bad time is a very good period for economists, and even a better one for lawyers as, again, there are more questions here than answers.
    The most frequently asked questions, of varying calibre, involve short-term consequences of the decision by a slight but nevertheless a majority of the British people who took part in the referendum on 23th of June, voting in favour of leaving the European Union. How much can the GDP fall (because fall it will) on the isles and on the continent? How much will the unemployment rate grow (because grow it will)? Will pound sterling keep on getting weaker and will the Swiss franc get stronger? Will Scotland leave the United Kingdom? How many immigrants from the Eastern Europe will leave Great Britain? Will property prices drop in London? There are more questions like that and they should be by no mean disregarded, but this time I would like to point out to something of much greater consequence: to the prospects of free market economy and to the future of the world.
    If it was the tiny Luxembourg, Malta, Slovenia or Estonia that decided to leave the EU, there would be quite a confusion, too, but the Great Britain leaving is a great problem. The most important thing is to understand why the majority voted against what the economic good sense would tell them. This is a question to sociology-minded Brexitologists rather than to economists. Many of the 51.9 per cent in favour of Brexit simply did not realise what they were opting for. And an error of a historic magnitude was committed. The scale of demagogy and stupefying propaganda spread by various politicians and media was so vast that millions of people got tricked into behaving irrationally. Indeed, a rational person is one acting for one’s own benefit, considering the available information. And the information was sometimes manipulated or even falsified. After all, we cannot assume that English and Welsh people, unlike Scots and Northern Irish people, the majority of whom voted remain, made an informed vote to their own detriment. They did not know what they were doing and with time they will be sorry. Some of them already are.
    The conclusion is obvious. Opinion-forming circles like politicians, intellectuals, journalists and analysts, bear a colossal responsibility. Democracy is a great thing, a value in itself, but one needs to watch out as the majority does not have to be right, if it follows emotions or simply has no access to full and reliable information on very complex issues, as it’s impossible. Last year’s referendum in Greece was uncalled for, so was Britain’s suicidal one in June, and the one in Italy in the autumn will be very risky. The voting masses often don’t even consider the long-term consequences of their own choices. As the saying goes, we see no further than the end of our nose, so we’re not thinking about what this or other decision means for others, far away from here. And when it comes to Brexit, it can mean a lot of bad things.
    Festival of stupidity
    Some may count on Brexit to automatically set in motion a huge wave of reforms to streamline the international economic relations, especially the functioning of the European Union, which leaves much to be desired, after all. Hope they won’t be disappointed, but we can fear that a true festival of stupidity will follow, with ludicrous ideas put on the table. And the ideas that are actually reasonable, rather than improving the functioning, may make it even more complicated and aggravate the situation even more, as is the case of the legitimate demand to greatly reduce the number of EU commissioners. For now, only one will disappear, that from Britain, though their number could be reduced by half. But which half? After all it’s not about the number of commissioners as such but rather about the number of areas to be dealt with by the Brussels politics and bureaucracy.
    The idea to have a similar referendum in France and the Netherlands, promoted by their local right-wing nationalists is, in the present situation, a political adventurism. Creating several structures within the EU with varying degree of integration means strengthening the decentralist tendencies in a situation that requires support for integration. Instigating nationalism (of course, under the banner of patriotism, also the economic one), when we need more multiculturalism and openness, is grist to the mill of disintegration and conflict.
    Under current circumstances, the most far reaching move would be for the countries that still haven’t joined the Eurozone, though they are allowed to and obliged to do so under their membership treaty, to declare their willingness to do so. Poland, due to its relatively higher economic and political weight, is the most important one here. This would be a strong impulse for further consolidation of the European integration process, and for strengthening the Eastern European EU member economies by eliminating the exchange rate risk and decreasing the transaction costs. Of course, provided this was to happen under specific conditions, the most important one being that those countries would join the euro with a favourable exchange rate, that is one that guarantees competitiveness of their export sector. Indeed, if Eastern European countries wish to experience growth at an above-average rate, they must pursue a strategy of export-driven growth.
    Another sine qua non condition is to overcome the crisis within the Eurozone area, where it’s important to further develop the banking union and the supranational fiscal coordination, but what remains crucial is Grexit. This syndrome is far from being solved and the Greek crisis will soon come back with a vengeance. To overcome it, we need to substantially cut Greece’s foreign debt, approximately by half. This will be decided primarily by Germany and France, which are headed for parliamentary elections next year. Economics can, once more, give in to politics. If the harmful austerity policy continues, ushering in Grexit, if we fail to keep the EU-Turkey agreement on controlling the wave of refugees headed toward Europe from South Asia, Middle East and Northern Africa, if Italians reject the constitutional reform proposed by Prime Minister Mateo Renzi, if Austrians elect a nationalist to be their president, if some other countries will call referenda on their exit form EU, then we won’t be able to save the European integration process. After all, things happen the way they do because a lot happens at the same time and one needs to be aware that if Brexit is coupled with Grexit, this will be the end of the European Union as we know it.
    A Yet Grander Crisis?
    Therefore, Brexit needs to be viewed not only in economic terms and from continent-wide perspective, but also taking account of the overall context and in global terms. If the election in the US is won by Donald Trump, if the relations between Russia and NATO get worse, especially when it comes to countries on its eastern border, if China’s economic growth slows down even more, then the future, not only that of Brits and Europeans, will look bleak and we’re in for what I dubbed in my book Truth, Errors and Lies: Politics and Economics in a Volatile World an Even Bigger Crisis, EBC. We are well on our way there. I still want to believe in common sense of politicians, who should have a greater capacity to properly identify the needs of their countries and societies and to define ways to satisfy them. The December’s climate agreement in Paris shows that the “impossible” is possible if only there’s a will and know-how (a trifle, really!). Maybe at the current turn of history they will show far-sightedness and make a stand against all kinds of populism.
    This, however, requires, on the one hand, abandoning the neoliberal utopia, which is not a panacea for the mounting difficulties, as it cannot be, because it favours conditions for a few to get rich at the expense of the majority. Secondly, it requires ditching the illusion that a bureaucratised state capitalism can be such a panacea. We need to follow the road of new pragmatism, which, through a proper synergy between market institutions and state intervention, takes care, both at the national economy level and in international and global terms, to ensure a triple dynamic balance: economic, social and environmental one.
    It is worth realising that the European Union is being closely watched in other parts of the world, where integration processes are far less advanced, for example in South America’s Mercosur and in South East Asia’s ASEAN, in SADC in the south of Africa and in ECOWAS in the west of it, and now being slowed down and postponed. If the Europeans can’t get it right, maybe it’s not worth it? It is, as regional integrations are a very good way to creatively adapt to the irreversible globalisation. I am still convinced (and it’s not a belief but rather knowledge, though Brexitology will verify it over time) that a well-managed globalisation may be favourable to a harmonious development of the world economy. Liberalisation and integration of national economies into one interconnected and feedback global system is a good recipe for future.
    If we fail to escape forward at this time, then there’s no point in blaming the Brits or Greeks, the Americans or the Chinese. We need to blame the errors of economics and the stupidity of politics, as these are those guilty of the European Union cracking at the seams and of the instability of the increasingly anarchy-prone world.
    Professor G. W. Kolodko, distinguished economist at Kozminski University, Warsaw, is the author of bestselling book “Whither the World: the Political Economy of the Future”, Columbia University Press, 2014
    Brexitology added by Grzegorz W. Kolodko on July 6, 2016
    View all posts by Grzegorz W. Kolodko → http://www.economonitor.com/blog/author/gkolodko/

  26. (2687.) CO WARTO PRZECZYTAĆ?
    Władysław Markiewicz: „Sto lat przeciw głupocie. Rozmowa z przyjaciółmi Pawłem Kozłowskim i Jerzym Słabickim”, Universitas, Warszawa 2016, s. 354 + 8 s. zdjęcia
    To jest lektura! Tak fascynująca, że kartki same się przewracają. A do myślenia daje jak mało która książka. Opowieść Profesora Władysława Markiewicza, wybitnego uczonego, nestora polskiej socjologii, o jego życiowej wędrówce przez blisko 100 lat, poprzez liczne mniej i bardziej dramatyczne zakręty polskiej historii, musi zainteresować chyba każdego czytelnika. Oczywiście, niektórych z nas mogą szczególnie wciągać opisy wydarzeń z niedawnych lat, w których Profesor uczestniczył bądź tylko wnikliwie obserwował, lecz i te z nieco dalszej przeszłości czyta się jak gotowy scenariusz poruszającego serialu dokumentalnego.
    Profesora Markiewicza cechuje zarówno wielka mądrość życiowa, jak i wyrafinowane poczucie humoru oraz subtelny dystans do własnej osoby, stad też napotkać na kartkach książki można i takie na przykład fragmenty: „Pamiętam taki incydent: studiowały na polonistyce i zdawały u mnie egzamin z filozofii marksistowskiej trzy zakonnice. Wszystkim postawiłem piątki. Jednocześnie były egzaminy obowiązkowe dla pomocniczej kadry naukowej i jednemu z adiunktów partyjnych postawiłem dwóję. Zajęła się tym egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego. Powiedziałem wówczas, że marksizm jest nauką, naukę trzeba opanować. Jak ktoś się nie uczy, to może być sto razy członkiem partii i egzaminu nie zda. Może być księdzem i biskupem, jeżeli zna marksizm, to dostaję piątkę. Wtedy sekretarzem był już Jan Szydlak, mówi: on mo racje. Dlaczego nie dać piątki zakonnicy, jeśli ona na wszystkie pytania odpowiada bardzo dobrze? A one były obkute jak cholera.” (s. 161)
    Książka pokazuje polskie drogi, obnaża – jak sugeruje to tytuł – występujące na niej manowce i niestety, nierzadkie przypadki po prostu głupoty. Także współcześnie. Tym bardziej warto ją przeczytać, bo zawsze przyda się więcej mądrości.

  27. (2686.) One more nail in the coffin of European integration?… “Hungary to have October referendum on EU migrant plan” (http://www.bbc.com/news/world-europe-36711693): “President Ader said voters would be asked: “Do you want the European Union to be entitled to prescribe the mandatory settlement of non-Hungarian citizens in Hungary without the consent of parliament?”

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *