Witam na blogu – Welcome on the Blog

Blog jest częścią NAWIGATORA do mojej książki Wędrujący świat www.wedrujacyswiat.pl. Jej Czytelnicy mogą tutaj kontynuować frapującą i nigdy niekończącą się debatę na temat światowej społeczności, globalnej gospodarki i ludzkich losów, a także naszego miejsca i własnych perspektyw w tym wędrującym świecie.

Tutaj można przeczytać wszystkie wpisy prof. Grzegorza W. Kołodko.
Zapraszam do dyskusji!

Blog is a part of NAVIGATOR to my book Truth, Errors and Lies. Politics and Economics in a Volatile World www.volatileworld.net. The readers can continue here the fascinating, never-ending debate about the world’s society, global economy and human fate. It inspires one to reflect also on one’s own place in the world on the move and one’s own prospects. In this way the user can exchange ideas with the author and other interested readers.

Here you can download archive of all posts professor G. W. Kołodko.
You are invited to join our debate!

2,849 thoughts on “Witam na blogu – Welcome on the Blog

1 90 91 92
  1. (2735.)KSIĄŻKA O CHINACH I ŚWIECIE PRZYSZŁOŚCI
    Ukazała się moja nowa książka pt. “Czy Chiny zbawią świat?” (http://www.proszynski.pl/Czy_Chiny_zbawia_swiat_-p-35742-.html).
    Informacje o spotkaniach autorskich można znaleźć tutaj: http://www.wedrujacyswiat.pl/Wyklady.php
    Oto co piszą o niej recenzenci oraz wydawca, Prószyński i S-ka:
    To niezwykle ważne i ciekawe opracowanie podejmuje kwestie kluczowe dla, nie waham się użyć tego stwierdzenia, przyszłości świata. Rozumienie chińskiego fenomenu – przyczyn, uwarunkowań i skutków nadzwyczajnego skoku cywilizacyjnego – jest w świecie Zachodu, także w Polsce, powierzchowne, skażone tradycyjnym oglądem i przykładaniem zużytych miar do zjawisk nowych albo sprzecznych ze stanem ugruntowanej wiedzy naukowej. Autor z dużym powodzeniem przełamuje ten stan rzeczy, co stanowi kluczową wartość książki, która daleko wykracza poza standardowe studium gospodarki chińskiej.
    Z recenzji prof. Macieja Bałtowskiego, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej

    Książka profesora Kołodki obszernie dokumentuje osiągnięcia gospodarcze Chin, ale stawia sobie o wiele ambitniejsze zadanie, a mianowicie odpowiada na pytanie, czy sukcesy gospodarcze i społeczno-polityczne pomogą w rozwiązywaniu narastających problemów o charakterze globalnym. Wielką zaletą pracy jest przedstawianie stanu i perspektyw rozwojowych Chin na tle światowych wyzwań. W całej książce najistotniejsze jest to, jaką rolę Chiny spełniają w racjonalizacji globalizacji. Autor skłania się do poglądu, że Chiny mogą istotnie pomóc we współkształtowaniu pożądanego oblicza przyszłości. Prof. Kołodko widzi w Chinach coraz większą skłonność do stawiania na nowy pragmatyzm, na uwzględnianie zagrożeń wynikających z narastania problemów globalnych – klimatycznych, finansowych i będących pochodną nierówności.
    Z recenzji prof. Władysława Szymańskiego, Akademia Nauk Społecznych

    Grzegorz W. Kołodko – intelektualista i polityk, jeden z głównych architektów polskich reform gospodarczych, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994-1997 i 2002-2003. Profesor ekonomii i popularyzator wiedzy społeczno-gospodarczej. Członek Europejskiej Akademii Nauki, Sztuki i Literatury. Dyrektor Centrum Badawczego Transformacji, Integracji i Globalizacji TIGER (www.tiger.edu.pl) w Akademii Leona Koźmińskiego. Najczęściej na świecie cytowany polski ekonomista (h-indeks 35).
    Autor i redaktor ponad 50 książek oraz licznych artykułów naukowych opublikowanych w 26 językach, w tym czterech książek i ponad 50 artykułów po chińsku. Doktor Honoris Causa dziesięciu zagranicznych uniwersytetów, w tym trzech w Chinach. Distinguished Professor of Emerging Markets Institute na Uniwersytecie Normal w Pekinie, Non-resident Senior Fellow na Uniwersytecie Renmin w Pekinie, Visiting Professor na Huangzhou University of Science and Technology w Wuhan, International Advisor Center for China and Globalization. Maratończyk i podróżnik; zwiedził 170 krajów.

    Poniżej Spis treści książki:
    Refleksje początkowe

    Rozdział 1. Gospodarka i bezpieczeństwo
    1.1. Druga zimna wojna
    1.2. Kaskada zagrożeń
    1.3. Technologia i polityka

    Rozdział 2. Wiek Azji z Chinami na czele?
    2.1. Państwo w środku Azji
    2.2. Nowy Jedwabny Szlak zamiast eksportu rewolucji
    2.3. Nikt nie lubi twardego lądowania

    Rozdział 3. Ludzie i towary w wędrującym świecie
    3.1. Między demograficzną eksplozją a ludnościowym dołkiem
    3.2. Jak długo, jak szybko?
    3.3. Gdzie Wschód, gdzie Zachód?
    3.4. Mit doskonałości wolnego rynku

    Rozdział 4. Socjalizm, kapitalizm czy chinizm?
    4.1. Gospodarka – społeczeństwo – państwo
    4.2. W poszukiwaniu równowagi
    4.3. Socjalizm z chińską charakterystyką czy skorumpowany kapitalizm kolesiów?
    4.4. Dokąd zmierzają Chiny i co innym do tego
    4.5. Tertium datur

    Rozdział 5. Recepta na kryzys
    5.1. Kosztem wielu na korzyść nielicznych
    5.2. Legalnie, ale niemoralnie

    Rozdział 6. O co pytają Chińczycy
    6.1. Właściwe pytania we właściwym czasie
    6.2. Co chcą wiedzieć studenci
    6.3. Chiński wachlarz pytań

    Rozdział 7. Nowy pragmatyzm z chińską charakterystyką
    7.1. Wizja, nie iluzje
    7.2. Inicjatywa 16+1
    7.3. Chiny na ratunek?

    Refleksje końcowe
    Bibliografia
    Spis rysunków
    Spis tabel
    Indeks

  2. (2734.) Capitalism, Socialism or Chinism?
    “Roubini EconoMonitor”, January 14, 2018 (https://www.themaven.net/economonitor/asia/capitalism-socialism-or-chinism-uhB-e4jtfUyQ9TZEBRGyCw?full=1)

    The dispute over the essence of the Chinese regime is not new, at least beyond the borders of China, as over there it’s been consistently, for three generations already, declared that we’re dealing with socialism. At most, this word would be accompanied by detailed descriptions, which changed over the years. When I was in the Middle Country for the first time, in 1989, I had no doubt that it was a socialist state, though that socialism was different from the one we knew better from Central East European, CEE countries. When I visit China these days, I do sometimes have doubts if it’s still socialism, and, at the same time, I have no certainty that it is already capitalism. So what are we dealing with? Is it simply a period of transition from one formation to another or is it a different system, which deserves a name in its own right?
    A quarter century ago we would joke that while the transition from capitalism to socialism was possible, at least up to a certain point, a transformation in the opposite direction is impossible, just as it’s possible to turn a stallion into a gelded horse, but the reverse cannot be done. However, it certainly succeeded, at least in the post-socialist economies which became part of the European Union. China, though, is following its own path. Where has it brought the country, where is it leading to?

    A bowl of rice and Ferrari

    There has never actually been a consensus on what capitalism and socialism is, especially that, in addition, some people confuse the latter with communism, also an ambiguous concept. For a political scientist, of key importance are the observations and interpretations of the ways power is gained and wielded, and of the functioning of the state and its institutions, whereas, for a sociologist, the heart of the matter is the society and the mechanisms governing interactions of its component population groups. An economist, in turn, focuses mostly on observing and analyzing the recurring economic phenomena and processes and on explaining them, and if we go further – to normative (prescriptive) economics – on formulating recommendations for economic policy and growth strategy. Capitalism and socialism are categories that correspond, first and foremost, to an economic regime, but they also involve obvious references to society and culture as well as to state and law.
    In a textbook socialism, effective central planning ensured economic equilibrium, however in the real one, as experienced by hundreds of millions of people, this equilibrium was by no means taking place. In fact, it was an economy of systemic shortages. There was a permanent surplus of the flow of demand over the flow of supply, with all of its negative consequences. In no economy of the CEE region, let alone in the Soviet Union, insisting on heavy industry and engaging in high armament expenditure, were shortages successfully eradicated, though periodically there were times where the supply of consumer goods was relatively good and close to equilibrium. This was the case of Poland in the first half of 1970s, but also then we would travel from Warsaw to Budapest, and think, not without a reason, that in this respect the situation was even better over there. However, when one didn’t find jeans in the right size and had to squeeze into one size too small, or instead of the desired long-play record of Led Zeppelin one left the store at Lenin utca with a record of Procol Harum, even there one became aware of shortages.
    At present, in China one can buy both a bowl of rice and the latest Ferrari model; it’s enough to have money or the purchasing power, which is balanced on the market by the supply. The case of China shows that it is possible not only to break free from shortages but also from their co-existence with the price increase process, which I called, already back in 1980s, the shortageflation syndrome. This was achieved by creating a liberalized price system while maintaining a major sector of SOEs which function amid not fully hardened budget constraints. It’s interesting that while some authors maintain that this was accomplished thanks to socialism, others declare that’s capitalism’s doing.

    Authoritarian state or meritocracy?

    The proponents of considering China a capitalist state believe that ownership relationships are the decisive criterion. At the beginning of this century, private sector generated ca. 52% of GDP there. In 2003, this was already nearly 60% of GDP, but now it’s not much more. The official sources say that private business accounts for over 60% of GDP and provides more than 80% jobs.
    The issue, however, is more complex as in many cases it’s hard to determine if we are dealing with private or state ownership as there are in-between and mixed forms, too. What matters is not only the traditional perspective on ownership forms, but also changes in the sphere of management and in state corporate governance.
    Extra-economic relations matter as well. Some focus on the authoritarian political system, whereas others argue it’s a functional meritocracy. Some get overenthusiastic about the advancement level and international competitiveness of Chinese private high-tech companies, whereas others show cases of intellectual property violations. While some are afraid that the great program of the so-called New Silk Road is a manifestation of Chinese imperialism, others emphasize assistance offered by China to poor economies in their struggle to overcome backwardness.
    Undoubtedly, China will play a major role on the global economic and political arena in the coming decades. However, the system evolution and the policy followed as part of it in the Middle Country will be subordinated, in the future, to something else than creating international power of China, though cynics say that while becoming more and more actively involved in the global economy under the banner of win-win globalization, what the country means is 2:0 for China… Of greatest importance is an improvement of the internal economic situation. The Chinese expression meihao sheng huo, better life, was used 14 times by the Chinese leader Xi Jinping at the latest congress of the so-called Communist Party of China. I say “so called” because what kind of communist party is it if it openly accepts or even endorses the attributes typical of capitalist economy, such as private capital’s pursuit of profit, high unemployment rate, major areas of social exclusion and huge income inequalities, much higher than in many capitalist countries.

    Bright vision or illusion?

    Xi emphasizes that China should not copy other countries’ solutions but rather follow its own path. Dissociating himself from the one size fits all rule, typical for the neoliberal Washington consensus, he added with the characteristic Chinese imagery: “Only the wearer knows if the shoes fit or not” While saying “no” to having too large or too small shoes imposed on it, and being aware of its own memorable achievements and strength, and, at the same time sensing the needs of other countries looking for a development strategy, China suggests that it may lead the way.
    “Socialism with Chinese characteristics for a new era” is already there, With two giant steps, by 2050, China is to become a “great modern socialist country”. From party documents and official governmental materials we can learn that soon, in 2020, there will be a “moderately prosperous society in all respects”, then, by 2035, a “socialist modernization” will be carried out, and in the following fifteen years, by 2050, a “great modern socialist country that is prosperous, strong, democratic, culturally advanced, harmonious and beautiful” will be created. Everybody should be so lucky…

    False alternative

    If we assume that we already have in China a social market economy or, as preferred by Chinese authorities, socialism with Chinese characteristics for a new era, then such an ambitious vision, of course with many reservations, may be worth considering. If we assume, however, that what we have there is capitalism with Chinese characteristics, or even an utterly corrupt crony capitalism, then we are faced with quite different challenges.
    I believe that deliberations such as capitalism versus socialism, with respect to China, are becoming less and less fertile and lead us astray. If every economist agrees with the view that the ownership of means of production is of key importance to the way economy functions, then every good economist must agree that of no lesser importance are culture, knowledge, institutions and policy. The hardening of the ideological and political position is all the more bewildering in a situation where new grounds for dialog are opening in intellectual and scientific community. We heard from the Chinese leader at the congress of the party that “Socialism with Chinese characteristics is socialism and no other –ism”. Meanwhile, one cannot but agree both with some Chinese economists and with critical external observers who show the differentia specifica of China and try to explain what and why is happening there without resorting to the antagonistic regime categories: socialism and capitalism. It’s possible as resolving this dichotomy in a clear manner is not the key to understanding the heart of the matter in this case; the key is this typically Chinese commentary: with Chinese characteristics. I myself am inclined to go in that direction, when formulating the theoretical outline and practical recommendations for new pragmatism also for China (“New Pragmatism: Economics and Economic Policy for the Future”, “Roubini EconoMonitor”, July 25, 2017 http://archive.economonitor.com/blog/2017/07/new-pragmatism-economics-and-economic-policy-for-the-future/).

    Chinese convergence

    Some time ago, there were lively discussions over systemic megatrends and transformations: divergence, subvergence and convergence. The first one was supposedly a case where the opposing systems, capitalism and socialism, coexist and the challenge was to make this coexistence peaceful. In the second case, one system was to dominate the other and though it seemed to some people for some time that socialism would be the dominant one, it happened otherwise. In the third case, a systemic convergence was to occur, with each system drawing on and assimilating some elements, including culture, from the other and thus they would become alike over a long historic process. Certainly it partly happened as various aspects of socialism trickled into capitalism and vice versa. Contemporarily, China is the one undergoing a sort of convergence. It is experiencing a process of gradually infusing the social and economic reality with elements associated with capitalism, but capitalism is also being opposed or sometimes pushed out by elements associated with the mentality typical of socialism.
    This is becoming even more complicated and thus fascinating due to the huge impact of the tremendous and fast technological changes on the socio-economic and political relations. One can say that an ephemerid in the form of socialist capitalism or – if you will – capitalist socialism is developing there; a sort of Chinism. It sounds like contradictio in terminis? A contradiction in terms? By no means; we are just stuck in the mental trap of a sharp but also false alternative: socialism or capitalism hence tertium non datur. We need to get out of this trap because something systemically different is being born.
    While not giving up on specific values guiding human beings and societies in their economic activities, and bearing in mind the imperative of caring for dynamic balance, what matters most from the economic point of view is effectiveness and pragmatism. That’s what Deng Xiaoping, a great Chinese reformer, meant, when he said: “It doesn’t matter if a cat is black or white, as long as it catches mice.”
    Tertium datur.

  3. (2731.) Chinizm, czyli pożegnajmy stereotypy

    Spór o istotę chińskiego ustroju nie jest nowy, przynajmniej poza granicami Chin, tam bowiem konsekwentnie od trzech już pokoleń twierdzi się, że mamy do czynienia z socjalizmem, co najwyżej uzupełniając to określenie o charakteryzujące go opisy zmieniające się wraz z biegiem czasu. Gdy byłem w Państwie Środka po raz pierwszy w 1989 roku, nie miałem wątpliwości, że to kraj socjalistyczny, choć inny był tamten socjalizm od lepiej znanego nam z Europy Środkowo-Wschodniej. Gdy odwiedzam Chiny współcześnie, miewam wątpliwości, czy to jest jeszcze socjalizm, a zarazem nie mam pewności, że to już kapitalizm. Zatem z czym mamy do czynienia? Czy to po prostu okres przejściowy od jednej formacji do drugiej, czy coś ustrojowo odmiennego, godnego własnego miana? Ćwierć wieku temu dowcipkowaliśmy, że o ile przejście od kapitalizmu do socjalizmu było możliwe, przynajmniej do czasu, o tyle transformacja w odwrotną stronę jest niemożliwa, podobnie jak możliwe jest uczynienie z ogiera wałacha, ale na odwrót się nie da. Jednakże powiodło się, przynajmniej w posocjalistycznych gospodarkach, które weszły do Unii Europejskiej. Chiny wszak kroczą własną drogą. Dokąd je doprowadziła, dokąd wiedzie?

    Miska ryżu i Ferrari

    Tak naprawdę to nigdy nie było konsensusu w sprawie, co to jest kapitalizm i socjalizm, tym bardziej że niektórzy dodatkowo mylą ten drugi z komunizmem, także pojęciem wieloznacznym. O ile dla politologa najważniejsze są obserwacje i interpretacje dotyczące sposobów zdobywania i sprawowania władzy oraz funkcjonowania państwa i jego instytucji, dla socjologa istota rzeczy to społeczeństwo i mechanizmy interakcji składających się nań grup ludności. Ekonomista natomiast skupia się przede wszystkim na obserwacji i analizie powtarzających się zjawisk i procesów gospodarczych oraz na ich wyjaśnianiu, a idąc jeszcze dalej, do ekonomii normatywnej, na formułowaniu zaleceń dla polityki gospodarczej i strategii rozwoju. Kapitalizm i socjalizm to kategorie, które korespondują w pierwszej kolejności z ustrojem gospodarczym, ale mają także swoje oczywiste odniesienia do społeczeństwa i kultury oraz do państwa i prawa.
    W podręcznikowym socjalizmie skuteczne planowanie centralne zapewniało równowagę gospodarczą, jednakże w tym realnym, którego doświadczały setki milionów ludzi, tej równowagi bynajmniej nie starczało. Faktycznie była to gospodarka systemowych niedoborów. Permanentnie występowała nadwyżka strumienia popytu nad strumieniem podaży, z wszystkim tego negatywnymi konsekwencjami. W żadnej gospodarce regionu środkowo-wschodnioeuropejskiego, a tym bardziej w Związku Radzieckim forsującym przemysł ciężki i uwikłanym w duże wydatki zbrojeniowe, nigdy nie udało się całkowicie wyplenić niedoborów, acz okresowo zdarzało się, że zaopatrzenie w towary konsumpcyjne było względnie dobre i bliskie stanu równowagi. Tak było w Polsce w pierwszej połowie dekady lat 1970., ale i wtedy jeździliśmy z Warszawy do Budapesztu, nie bez powodu uważając, że tam sytuacja pod tym względem jest jeszcze lepsza. Gdy jednak nie udało się trafić na dżinsy we właściwym rozmiarze i trzeba było wciskać się w te o numer za małe albo zamiast upragnionego longplaya Led Zeppelin człowiek wychodził ze sklepu na Lenin utca z płytą Procol Harum, to i tam dostrzegał niedobory.
    Obecnie w Chinach można kupić tak miskę ryżu, jak i najnowszy model Ferrari; wystarczy mieć pieniądze, czyli siłę nabywczą, którą na rynku na bieżąco równoważy podaż. Przypadek chiński pokazuje, że możliwe jest wyrwanie się nie tylko z niedoborów, lecz również z ich współistnienia z procesem wzrostu cen, co jeszcze w latach 1980. nazwałem syndromem shortageflation. Stało się to poprzez zliberalizowanie systemu cen przy zachowaniu znaczącego sektora przedsiębiorstw państwowych, które funkcjonują w otoczeniu nie do końca utwardzonych ograniczeń budżetowych. To ciekawe, że gdy jedni autorzy utrzymują, iż udało się to dzięki socjalizmowi, inni głoszą, że to sprawka kapitalizmu.

    Autorytaryzm czy merytokracja?

    Zwolennicy przypisywania Chinom ustroju kapitalistycznego uważają, że decydującym kryterium są stosunki własności. Na początku tego wieku sektor prywatny wytwarzał tam ok. 52 proc. dochodu narodowego. W 2005 roku było to już prawie 60 proc., ale teraz jest niewiele więcej. Oficjalne źródła podają, że prywatny biznes tworzy ponad 60 proc. chińskiego PKB i daje ponad 80 proc. zatrudnienia. Materia jest tu jednak bardziej skomplikowana, gdyż w wielu przypadkach trudno orzec, czy mamy do czynienia z własnością prywatną, czy z państwową, są też bowiem formy pośrednie i mieszane. Ważne jest przy tym nie tylko tradycyjne ujęcie form własności, lecz również zmiany w sferze zarządzania i nadzorze właścicielskim państwa.
    Liczą się także stosunki pozaekonomiczne. Podczas gdy jedni koncentrują się na autorytarnym systemie Państwa Środka, inni wywodzą, że jest to funkcjonalna merytokracja. Podczas gdy jedni zachłystują się zaawansowaniem chińskich prywatnych firm wysokich technologii i ich międzynarodową konkurencyjnością, inni pokazują przypadki nieprzestrzegania zasad ochrony własności intelektualnej. Podczas gdy jedni obawiają się, że wielki program tzw. nowego Jedwabnego Szlaku to przejaw chińskiego imperializmu, inni akcentują pomoc okazywaną przez Chiny biednym gospodarkom w ich wysiłkach na rzecz przezwyciężania zacofania.
    Bez wątpienia Chiny odegrają podczas kolejnych dekad jedną z głównych ról na światowej scenie gospodarczej i politycznej. To jednak nie tworzeniu ich zewnętrznej potęgi podporządkowane są ewolucja systemowa i uprawiana w jej ramach polityka, chociaż złośliwi powiadają, że gdy wkraczając coraz aktywniej do światowej gry, głoszą hasło globalizacji win-win, mają na myśli wynik 2:0 dla Chin… Najważniejsza jest poprawa wewnętrznej sytuacji gospodarczej. Chińskie wyrażenie mei hao sheng huo – lepsze życie – zostało użyte 14-krotnie przez chińskiego przywódcę Xi Jinpinga na ostatnim zjeździe tzw. Komunistycznej Partii Chin. Tak zwanej, bo cóż to za partia komunistyczna, która jawnie akceptuje, a czasami wręcz popiera atrybuty typowe dla gospodarki kapitalistycznej: pogoń prywatnego kapitału za zyskiem, duże bezrobocie, znaczące obszary wykluczenia społecznego oraz ogromne nierówności dochodowe, dużo większe niż w wielu krajach kapitalistycznych.

    Świetlista wizja czy iluzja?

    Xi podkreśla, że Chiny nie powinny kopiować cudzych rozwiązań, lecz iść własną drogą. Odcinając się od kojarzonej z neoliberalnym konsensusem waszyngtońskim zasady one size fits all (jeden rozmiar posuje wszystkim), dodał z charakterystyczną chińską poetyką: „Tylko użytkownik wie, czy buty pasują, czy nie.” Nie pozwalając na narzucanie sobie raz to za dużych, kiedy indziej za małych butów oraz zdając sobie sprawę z własnych osiągnięć i siły, a zarazem wyczuwając zapotrzebowanie innych krajów poszukujących strategię rozwoju, Chiny sugerują, że mogą ją wskazać.
    Już tam jest „socjalizm z chińską charakterystyką dla nowej ery”. Dwoma wielkimi krokami w roku 2050 Chiny mają stać się „wielkim nowoczesnym krajem socjalistycznym”. Z dokumentów partyjnych i oficjalnych materiałów rządowych dowiadujemy się, że już wkrótce, bo w 2020 roku będzie w Chinach „umiarkowanie prosperujące we wszystkich aspektach socjalistyczne społeczeństwo”, a do roku 2035 dokona się „socjalistyczna modernizacja”, by w kolejnym piętnastoleciu, do roku 2050, stworzyć „wielki nowoczesny kraj socjalistyczny, który będzie prosperujący, silny, demokratyczny, kulturowo zaawansowany, harmonijny i piękny.” Każdy by tak chciał…

    Fałszywa alternatywa

    Jeśli przyjąć, że już mamy w Chinach społeczną gospodarkę rynkową albo, jak wolą chińskie władze, socjalizm z chińską charakterystyką dla nowej ery, to taka ambitna wizja, oczywiście z licznymi zastrzeżeniami, może być godna zastanowienia się. Jeśli zaś przyjąć, że mamy tam kapitalizm z chińską charakterystyką, czy wręcz skorumpowany do szpiku kości kapitalizm kolesiów, to stajemy w obliczu zgoła odmiennych wyzwań.
    Sądzę, że rozważania w stylu kapitalizm czy socjalizm w odniesieniu do Chin stają się coraz mniej płodne i prowadzą na manowce. Jeśli każdy ekonomista zgodzi się z poglądem, że własność środków produkcji ma zasadnicze znaczenie dla sposobu funkcjonowania gospodarki, to każdy dobry ekonomista musi się zgodzić, że niemniejsze znaczenie mają kultura, wiedza, instytucje i polityka. Tym bardziej zastanawiające jest usztywnianie stanowiska ideologiczno-politycznego w sytuacji, gdy z pozycji intelektualno-naukowych otwierają się nowe płaszczyzny dialogu. Oto z ust chińskiego przywódcy na kongresie rządzącej monopartii usłyszeliśmy, że „Socjalizm o cechach chińskich to socjalizm i żaden inny –izm.” Tymczasem nie można się nie zgodzić zarówno z niektórymi chińskimi ekonomistami, jak i z krytycznymi obserwatorami z zewnątrz, którzy pokazują differentia specifica Chin i próbują wyjaśnić, co i dlaczego tam się dzieje bez posługiwania się antagonizującymi kategoriami ustrojowymi: socjalizm i kapitalizm. Można, gdyż klucz do zrozumienia istoty rzeczy w tym przypadku tkwi nie w jednoznacznym rozstrzygnięciu tej dychotomii, a właśnie w tym jakże typowym dla Chin komentarzu: z chińską charakterystyką. Sam skłonny jestem pójść w tym kierunku, formułując zarys teorii i praktyczne rekomendacje nowego pragmatyzmu również pod adresem Chin („Ucieczka do przodu”, 4 maja 2017 r. i „Czy Chiny zbawią świat”, „Rzeczpospolita”, 17 maja 2017 r.).

    Chińska konwergencja

    Swego czasu żywe były dyskusje na temat ustrojowych megatrendów i przekształceń: dywergencji, subwergencji i konwergencji. W przypadku tej pierwszej trwać miało współistnienie przeciwstawnych sobie kapitalizmu i socjalizmu i rzecz szła o to, aby była to koegzystencja pokojowa. W drugim przypadku jeden system miał zdominować drugi i choć niektórym wydawało się przez czas jakiś, że tym systemem będzie socjalizm, stało się inaczej. W trzecim przypadku miała zachodzić konwergencja ustrojowa, a więc każdy z systemów miał czerpać i asymilować pewne elementy systemu, w tym kultury, z drugiego i w ten sposób w długim historycznym procesie miały się one upodobniać. Na pewno po części tak się stało, gdyż rozmaite aspekty socjalizmu przeciekały do kapitalizmu i na odwrót.
    Współcześnie swoistą konwergencję przechodzą Chiny. Trwa tam proces stopniowego nasycania rzeczywistości społeczno-gospodarczej treściami kojarzonymi z kapitalizmem, ale ma też miejsce stawianie mu oporu czy niekiedy wręcz wypychanie przez treści utożsamiane z myśleniem typowym dla socjalizmu. Staje się to jeszcze bardziej skomplikowane, a przez to fascynujące ze względu na ogromny wpływ, jaki na stosunki społeczno-ekonomiczne i polityczne wywierają ogromne i szybkie zmiany technologiczne. Rzec by można, że rozwija się tam efemeryda w postaci socjalistycznego kapitalizmu albo – jak kto woli – kapitalistycznego socjalizmu; swoisty chinizm. Brzmi to jak contradictio in terminis – zaprzeczenie samo w sobie? Bynajmniej, utknęliśmy bowiem w klatce ostrej, ale i fałszywej alternatywy: socjalizm albo kapitalizm, a więc tertium non datur. Trzeba z tej klatki wyjść, bo rodzi się coś systemowo odmiennego.
    Nie rezygnując z określonych wartości przyświecających człowiekowi i społeczeństwom w ich aktywności gospodarczej i pamiętając o imperatywie troski o dynamiczną równowagę, z ekonomicznego punktu widzenia najbardziej liczy się efektywność i pragmatyzm. To właśnie miał na myśli Deng Xiaoping, wielki chiński reformator, gdy powiedział: „Nieważne czy kot jest czarny, czy biały. Ważne, by łowił myszy.”
    Tertium datur.

    „Rzeczpospolita”, 4 stycznia 2018, s A27 (http://tiger.edu.pl/Chinizm.pdf)

    • (2733.) ”Ekonomista natomiast skupia się przede wszystkim na obserwacji i analizie powtarzających się zjawisk i procesów gospodarczych oraz na ich wyjaśnianiu, a idąc jeszcze dalej, do ekonomii normatywnej, na formułowaniu zaleceń dla polityki gospodarczej i strategii rozwoju”

      No mi się wydaje że to jest chyba odwrotnie
      Tyle razy z Pana postów wynikało że ekonomia polityczna była pierwsza nad zwykłą ekonomią
      z cytatu powyżej wynika że Pan jest politykiem -ekonomistą albo ekonomistą politykiem a nie ekonomistą :)

  4. (2730.) Wywiad
    Euro to też zysk polityczny

    Prof. Grzegorz W. Kołodko, ekonomista, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994–1997 i 2002–2003, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego

    #RZECZoBIZNESIE: Grzegorz W. Kołodko: To byłby sygnał, że Polska jest za pogłębianiem integracji europejskiej.
    Najważniejsze jest wynegocjowanie odpowiedniego kursu. Nigdy nie powiedziałem, że Polska powinna wstąpić do euro jak najszybciej, tylko przy właściwym kursie. To jest sprawa kluczowa i wokół tego będą wielkie kontrowersje – mówi Prof. Grzegorz W. Kołodko, ekonomista, czterokrotnie wicepremier i minister finansów w latach 1994–1997 i 2002–2003, wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego, gość programu Pawła Rożyńskiego.

    Już przed rokiem nawoływał pan do przyjęcia euro. Teraz dyskusję na ten temat rozpoczęła „Rzeczpospolita”, a liczni ekonomiści podpisali się pod naszym apelem do premiera Morawieckiego. Nie ma pan wrażenia, że te wszystkie apele to wołanie na puszczy?

    Mam nadzieję, że nie. Jesteśmy w podobnym punkcie jak rok temu. Na razie z rządu, banku centralnego i władz rządzących kręgów nie popłynął żaden sygnał, żeby zmienili swoje niesłuszne w tej sprawie stanowisko. Rząd kilkakrotnie powiedział, że nie, że nie teraz, może potem, zobaczymy i sprawa się wlecze.

    Nie zdecydował się pan podpisać naszego listu. Dlaczego?

    Zabierałem już tyle razy głos w tej sprawie, że nie muszę żadnych zbiorowych protestów czy apeli podpisywać. Tak szerokie kręgi interesujące się tymi zagadnieniami, jak i politycy znają bardzo dobrze mój punkt widzenia i moją argumentację, dlaczego opowiadam się za.

    Dlaczego powinniśmy właśnie teraz wstępować do strefy euro?

    Wzmocniłoby to naszą pozycję w UE, obniżyło ryzyko kursowe, relatywnie spadłyby koszty pozyskiwania pieniądza, znakomicie zmniejszyłoby to koszty transakcyjne i ustabilizowało oczekiwania przedsiębiorców, co przełożyłoby się na większą ich skłonność do inwestowania. To są dobre strony, które by służyły wzmocnieniu polskiej gospodarki, przyspieszaniu tempa rozwoju, utrwaleniu wysokiej dynamiki wzrostu PKB. Spośród 28 państw członkowskich w euro jest 19. Wkrótce będą przystępowały inne. Być może dosyć szybko pojawią się tam Chorwacja, Bułgaria czy Czechy. Zanosi się na to, że Polska raczej będzie na końcu tej grupy krajów.

    Do ekonomicznych argumentów doszedł teraz polityczny. Wynika on z uruchomienia procedury tzw. artykułu 7, związanej z nieprzestrzeganiem, według Komisji Europejskiej, pewnych zasad, na których opiera się UE, czy wręcz z nieprzestrzeganiem naszej własnej konstytucji. W tym momencie ogłoszenie publiczne, że zaczynamy procedurę przystępowania do euro, byłoby poważnym sygnałem, iż Polska jest za pogłębianiem integracji europejskiej.

    To co powinien zrobić teraz premier Morawiecki?

    Najmądrzejszą rzeczą, jaką mógłby obecnie zrobić, to publicznie oświadczyć, że Polska przystępuje do euro, bo takie mamy prawo i obowiązek, no i spełniamy wszystkie kryteria. To dałoby kolosalny argument Polsce i obecnemu rządowi, który jest krytykowany za bardzo sceptyczny stosunek do KE czy UE. Natychmiast wytrąciłoby argument przeciwnikom w kraju i krytykom za granicą, że jesteśmy antyeuropejscy, że PiS chce wyprowadzać Polskę z UE. Morawiecki znakomicie zmieniłby całą narrację wewnętrzną i europejską, gdyby powiedział, że Polska wszczyna procedurę przystępowania do euro pod pewnymi warunkami. Że Polska wejdzie, ale przy kursie korzystnym dla nas, a nie niemieckich, francuskich, włoskich czy hiszpańskich eksporterów.

    Co jest w tej chwili kluczową kwestią?

    Najważniejsze jest wynegocjowanie odpowiedniego kursu. Nigdy nie mówiłem, że Polska powinna wstąpić do euro jak najszybciej, tylko zawsze podkreślałem, iż trzeba to zrobić przy właściwym kursie. To jest sprawa kluczowa i wokół tego będą wielkie kontrowersje. Partnerzy, do których eksportujemy, będą chcieli, żeby złoty był jak najmocniejszy. Z kolei w Polsce większość uważa, że silniejszy złoty jest lepszy. A tak niekoniecznie jest. W ciągu tego roku wzmocnił się zasadniczo w stosunku do euro. Było 4,45 a jest 4,15 zł. Nasi eksporterzy za 1000 euro, przy wzmacnianiu złotego, teraz dostają 300 zł mniej. To są znaczące pieniądze. Jak wyjeżdżamy w Alpy, to dla obywateli lepiej. Płacimy za to 1000 euro, zaokrąglając 4200 zł, a nie 4500 zł, jesteśmy 300 zł do przodu za te same usługi.

    Tu zawsze są dobre i złe strony. Jedynie kompleksowe podejście do sprawy ma sens. Czyli pytanie jest o to, jaki kurs będzie wpływał na dynamizację polskiej gospodarki, sprzyjał ekspansji sektora zewnętrznego, tego, który eksportuje produkty naszych rąk i umysłów, bo Polska musi zrealizować strategię wzrostu ciągnionego przez eksport. On ma rosnąć szybciej niż import, a obie te kategorie mają rosnąć szybciej niż PKB i być dźwignią jego wzrostu.

    Jaki kurs byłby optymalny?

    Ten, który jest bliski obecnemu poziomowi. Nie rozdzierałbym szat, gdyby wstępować do euro przy kursie 4,15-4,20, chociaż sądzę, że bardziej uzasadniony jest poziom bliżej 4 zł. Byłbym powściągliwy, gdyby była jakaś presja o charakterze spekulacyjnym na wzmocnienie kursu złotego.

    Skąd niechęć PiS-u do euro?

    Na gruncie racjonalnym nie jest proste, abyśmy to pojęli. Obecna ekipa PiS powinna myśleć w ten sposób, że PO tę sprawę sknociła. W roku 2008 r. ówczesny premier Tusk powiedział, że Polska będzie w euro w 2011 r. Platforma nie potrafiła tego zrobić i PiS powinien na tym również zagrać politycznie, pokazując, że on potrafi…
    Mając dostęp do ucha prezesa, ktoś powinien mu powiedzieć: „panie prezesie, PO z jej szefem próbowała, im nie wyszło, to ich przerosło. Jak my to wprowadzimy, to szlag trafi totalną opozycję”. Już widziałem takie rzeczy w polityce, kiedy tego typu argumentacja, zupełnie oderwana od argumentów ekonomicznych, była kluczowa.

    Zgadzam się z Morawieckim, że obszar euro nie jest tzw. optymalnym obszarem walutowym. Daleko do tego, ale on istnieje. Dzisiaj pytanie jest takie, czy mamy wchodzić do euro, czy nie. Niewielu ekonomistów przyjmuje scenariusz, że euro upadnie i nie ma dobrej przyszłości. Moim zdaniem euro przetrwa i wyjdzie z tego zamieszania wzmocnione. Wtedy Polska ma pozostawać poza nim?

    Stracimy możliwość wpływania na kurs waluty.

    To, jaki jest kurs złotego, zależy od tego, jak wieją wiatry na rynkach finansowych, a nie od tego, jaką politykę w tym zakresie prowadzi rząd polski i NBP. Nie prowadzimy aktywnej polityki kursu walutowego, bo od dłuższego czasu on jest całkowicie płynny. Z tego punktu widzenie trzeba ocenić politykę EBC i porównać ją z jakością polityki NBP. Polityka EBC jest bardzo dobra w ciągu ostatnich wielu lat. Ten obszar jest dobrze prowadzony. Problemy, które mamy, polegają na tym, że nie ma kompatybilności polityki monetarnej, którą koordynuje EBC, z polityką fiskalną poszczególnych rządów 28 państw.

    Dużo jest mitów wokół euro, które wspierają politycy PiS i związani z nim ekonomiści. Jan Szewczak, zastępca przewodniczącego sejmowej Komisji Finansów Publicznych, mówił nam, że przyjęcia euro przez Polskę mogą chcieć tylko ci, którzy źle życzą naszej ojczyźnie.

    A ja życzę dobrze i jestem za euro, bo zdecydowanie przemawiają za tym argumenty ekonomiczne, choć i tego politycznego przy obecnym klimacie wokół Polski bym nie lekceważył. Zgadzam się z tym, że były pewne grzechy pierworodne w momencie zakładania euro, ale ono istnieje. Pytanie stoi tak: czy koszty funkcjonowania polskiej gospodarki i korzyści, jakie czerpiemy z tej gospodarki, są mniejsze czy większe w sytuacji, kiedy jesteśmy, przy odpowiednim kursie, w euro i mamy wpływ na politykę EBC, czy jeśli pozostajemy poza?

    Trzeba spokojną, rzeczową argumentacją, profesjonalnymi, technokratycznymi, apolitycznymi, bezemocjonalnymi analizami przekonać tych, którzy rządzą, że przystąpienie do Eurostrefy będzie korzystne dla naszego społeczeństwa. Przede wszystkim dla tej sprawy trzeba pozyskać ekonomistę, który jest premierem, ale także prezesa NBP. Oni powinni działać razem. Akceptować też musi to prezydent i prezes rządzącej partii. Jeżeli ta czwórka zawarłaby porozumienie, to sprawa potem, choć nadal skomplikowana, ruszyłaby z kopyta.

    Da się przekonać Jarosława Kaczyńskiego?

    Proszę mnie z nim umówić, to spróbuję… Najważniejszy jest spokojna i merytoryczna argumentacja. Problem polega na tym, że politycy zbyt często kierują się argumentami nie ekonomicznymi, tylko politycznymi. Częściej nie rozsądkiem, lecz emocjami. Na razie nie udało się ich przekonać, ale przekonujmy dalej. Kropla drąży skałę. Niektórzy uważają, że to jest marnowanie czasu, ale ja tak nie sądzę i po raz kolejny argumentuję, jakie są korzyści z euro.

    Ale jeżeli w kółko słyszymy powtarzane mity, typu będzie drożyzna…

    Jedni powtarzają, drudzy nie. „Rzeczpospolita” tych głupot nie powtarza, a jeśli chcecie pokazywać spektrum poglądów, to czasami kogoś zacytujecie kogoś o poglądach odmiennych. Nie wchodziłbym do euro wbrew narodowi, wbrew większości opinii publicznej. Trzeba ludzi do tego przekonać.

    Wskutek bełkotliwego komentowania w niektórych mediach niestety większość społeczeństwa uważa, że euro jest przyczyną kryzysu w Grecji, albo że jak je gdzieś wprowadzono, to nasiliła się inflacja. Jedno i drugie to nieprawda. W Grecji jest kryzys, bo prowadzono tam złą politykę gospodarczą. Co do inflacji, to nikt nie będzie podnosił cen z tego powodu, że dokonuje się konwergencja walutowa. Gdyby można podnosić ceny, to by już podnoszono, ale przecież głęboki rynek konsumenta i konkurencja na to nie przyzwoli.

    Teraz większość jest przeciw euro. Ale kiedyś zdecydowana większość była za. Jak wprowadzaliśmy Polskę do UE, to w referendum, które wygraliśmy przytłaczającą większością głosów, było pytanie „czy jesteś za przystąpieniem do UE na warunkach wynegocjowanych w traktacie ateńskim”. Tam wyraźnie było powiedziane, że Polska ma prawo i obowiązek przystąpić do euro. Do tej pory to się nie stało, choć stało się już w przypadku Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Słowenii.

    Trzeba ludzi przekonywać. Jeśli będziemy w stanie szybciej przekonać władzę, to ona sama przekona większość społeczeństwa. Drugi sposób to pozyskać większość społeczeństwa. Jak władza zobaczy w sondażach, że 70 proc. jest za euro, to je wprowadzą. Przekonujmy się więc do mądrego wprowadzenia w euro w Polsce.

    Grzegorz Balawender, „Rzeczpospolita”, 5-7 stycznia 2018, s. A28 (http://www.tiger.edu.pl/Euro_To_Zysk.pdf)

    • (2732.) Szanowny Panie Profesorze,
      Odnośnie ostatnich Pańskich występów medialnych, chciałbym zadać Panu trzy pytania dotyczące wprowadzenia euro:
      1. Czy może Pan, jako baczny obserwator gospodarki, wskazać, w których krajach UE przyjęcie euro wpłynęło na wzmocnienie gospodarek, przyspieszyło tempo rozwoju, a także utrwaliło wysoką dynamikę wzrostu PKB? Czy może w Grecji, czy też we Włoszech, a może Portugalii lub Hiszpanii? Wszędzie tam prowadzona została błędna polityka gospodarcza, w postaci polityki fiskalnej, natomiast polityki gospodarczej w postaci polityki pieniężnej nie było, bo przez euro została ona scentralizowana. Ale polityka fiskalna była prowadzona nie na skutek rozpasania, lecz ze względu na globalne zawirowania gospodarcze związane z kryzysem 2007+. Na szczęście polska gospodarka od 2008 r. mogła sobie pozwolić na osłabienie złotego, aby zachować swoją konkurencyjność. Kraje strefy euro takiej możliwości nie miały. Czy można zatem tak szybko zapomnieć o kryzysie w strefie euro (który notabene dopiero co się skończył), o zaciskaniu pasa i dewaluacji wewnętrznej, czyli pomyśle o obniżaniu pensji, aby w ten sposób stać się bardziej konkurencyjnym?
      2. Czy sądzi Pan, jako polityk, że warto wyzbyć się możliwości prowadzenia niezależnej polityki monetarnej, na rzecz większej integracji? Nawet jeżeli polityka monetarna w Polsce dziś jest prowadzona w sposób europejski (tj. jak robi EBC), tzn. ogranicza się wyłącznie do kontrolowania inflacji, to może kiedyś będzie mogła posłużyć do wspierania wzrostu gospodarczego (np. jak ma to miejsce w USA). A może polityka monetarna, wg Pana, jest mało istotna? Może zatem lepiej stać tylko na jednej nodze (polityka fiskalna), a nie na dwóch (polityka fiskalna i monetarna)?
      3. Czy uważa Pan, jako ekonomista, że racjonalnym jest przyjęcie euro, chociaż sama strefa nie jest optymalnym obszarem walutowym i w związku z tym narażona jest na asymetryczne wstrząsy popytowe, jednocześnie przez wprowadzenie jednej waluty (euro) wyzbywając się instrumentów, które mogą te wstrząsy łagodzić? To właśnie pokazał kryzys ostatnich lat w strefie euro.
      Bardzo mi przykro, ale nie przekonał Pan mnie ani trochę!

  5. (2729.) Recipe for crisis

    In the day and age where it seemed to some people that neoliberalism, having led to a widespread financial and economic crisis, followed by the social and political one, had been consigned to where it belongs, that is to the trash bin of history, the same is rearing its ugly head again. It’s no cause for celebration that in many places of the destabilised world, where neoliberalism used to be settled in nicely, it was supplanted these days by new nationalism and populism, more often right-wing than the left-wing one, oddly enough. You don’t fight evil with evil, nonsense cannot be addressed with another nonsense. So it’s hardly a cause for jubilation when neoliberalism gives way to new nationalism and one has to make even greater effort to offer something new, something progressive and socially attractive to replace those two harmful economic and political systems and the defective economic policy followed by their proponents. Undoubtedly, the new pragmatism is such a proposal, but there’s a long way before it prevails.

    At the cost of many for the benefit of few

    Currently, a decade after the outbreak of the devastating crisis in 2008-09 – first in the USA, then in the United Kingdom, which had financial ties with the latter, then a nearly global one – the professional community has no doubts that neoliberalism was its main underlying cause. It is an ideology, school of economics and, last but not least, an economic policy which cynically feed on such magnificent liberal ideas as freedom, free choice and democracy as well as private property, entrepreneurship and competition, favouring enrichment of few at the expense of the majority. This goal is furthered by the kind of deregulation of the economy which puts the world of labour at a disadvantage to the world of capital, by the financialization of the economy, pushed ad absurdum at the turn of the 20th and 21st century, and by manipulating the fiscal redistribution in a manner that favours the wealthier social strata. It was also furthered by the notorious tax reform in the USA under the presidency of Ronald Reagan, in 1986.

    Suffice to point out that while in 1979, when he was running for the office (he was president in the years 1981-89), the average hourly rate in the USA was $18.78 (at 2008 dollars), in 2008, at the time the crisis broke out, it amounted to… less, $18.52! What happened to the fruits of the major increase in labour efficiency, what happened to the national income growth? Well, as a result of neoliberal practices, they went to few at the expense of the majority. This is vividly demonstrated by other facts, for instance that between 1970 and 2010 the share of profits in GDP increased by nearly 10 percentage points, because the share of wages fell from over 53% to below 44%.

    While over three decades, from 1979 to the pre-crisis 2007, net income (after taxes and budget transfers) of 1% of the richest Americans increased by ca. 280%, that of the poorest 20% of the society rose only by ca. 20%, that is it didn’t grow enough each year to be felt by the society. No wonder then that income inequalities kept increasing and now they are at the highest level among all rich capitalist states. The most commonly used measure in this respect is the Gini index, which theoretically ranges from zero (when everybody receives the same part of income) to 1 (when somebody takes over the entire income). Currently, in the USA, it stands at ca. 0.4. By comparison, in Poland it is 0.3 and in the more egalitarian Denmark, it fluctuates around 0.25.

    People first lose temper, then take to the streets

    It is precisely the growing income inequalities and the widening areas of social exclusion that caused people to first lose temper and then take to the streets, also to the famous Wall Street, the occupied one. Things were aggravated by the irritating nonchalance of a section of political elites as well as of the media and “famous economists” furthering the agenda of those elites, who tried to put the blame for the glaring income and wealth inequalities, growing due to neoliberal practices, hence an intentional policy, on objective processes: on the current phase of technological revolution and globalization. This way a part of the anger was skilfully focused on aliens – on other countries and immigrants, on the Chinese and Mexicans, and elsewhere on Muslim or Central Eastern Europeans – and, as a result, on the irreversible globalization, and another part on one’s own establishment, which was by no means entirely blameless. And it turned out it was grist to the mill that brings waves of new nationalism, xenophobia, protectionism and anti-globalization resentments. It would be worthwhile to draw the right conclusions from there but, sadly, it’s not happening. At least not in (still) the strongest economy of the world, the originator of the last global crisis, USA.

    As a matter of fact, in the year Donald Trump took power, a yet greater error was committed than the one “achieved” by Reagan. A yet greater one because this time a moth’s flight toward a flame starts already after the great lesson of recent years’ crisis and everybody should be wiser in the hindsight. So should neoliberals. Unfortunately, neoliberalism’s signature greed coupled with populism’s naivety – both characteristics uniquely combined by the current resident of the White House – create a mix that is so toxic for logical thinking that, while you can never step in the same river twice, it turns out that stepping into the same swamp is by all means doable. And that is exactly the path Americans are taking by pushing the tax law through their Congress. I call it pushing because by voting at night they defeat the democratic opposition by one vote; because they succeed in doing so by buying off their own senators, in return for evidently particularistic concessions; because at the House of Representatives it’s necessary to redo the vote as racing against the pre-Christmas time produced faulty bills.

    While Republicans are pushing the propaganda of success, and president Trump is shouting “Jobs, Jobs, Jobs!” from his Twitter account, writing that “This is truly a case where the results will speak for themselves, starting very soon”, democrats unanimously protest against the tax changes passed, resorting to such drastic terms as “heist” or “cheat”. Well, maybe not a robbery as everything was done within the law and without breaking the Constitution, but it does seem like a scam…

    What’s the point of all this?

    People can sense what’s cooking because only 27% of Americans support the new law and as many as 52% are against the solutions being implemented. They can count themselves and they put more trust in pragmatic arguments of non-partisan pundits than in biased pro-governmental experts and economists corrupted by the neoliberal lobby. While the latter are announcing a major economic growth acceleration due to decreased taxes for companies, CIT, independent centres – including the governmental ones, some of them being really outstanding – calculate that the additional GDP growth by 2027 will be the negligible 0.4-0.9%, or next to nothing. According to the Congressional Research Service analysis, a CIT reduction by 10 percentage points (the law cuts it by 14 points, from 35 to 21%) can increase the long-term growth rate by mere 0.15%. So what was the point of this battle?

    What do you mean what the point was? To ensure that other changes jointly implemented under the trendy banner of tax cuts for companies, help enrich few at the expense of many. As a deputy prime minister and minister of finance of Poland (in 1994-97 and again in 200203), I myself used to cut taxes, including CIT, radically but sensibly: first down to 32% from 40% (bearing in mind that when I took office, the economy was after the infamous shock without therapy), and then from 28% down to the present 19%, but this was accompanied by other fiscal changes that promoted not only capital formation and investments but also concern for desirable income relations and human capital development. Growth picked up pace, income inequalities dropped, long-term public debt did not increase. This will not be the case of the United States, though the reduction of the very high CIT rate with the simultaneous elimination of the many tax reliefs that impair the system has its advantages. Growth will not significantly accelerate, unemployment rate will not fall, inequalities will grow and the debt will increase.

    It is quite baffling how light-heartedly the authors and supporters of the tax reform are treating the unavoidable budget deficit growth and the consequently increasing public debt, which is already immense. With the exceptions of the apologists of the package, there is basically a general consensus that in the coming ten years the public debt will increase by as much as one and a half trillion US dollars. And this debt already exceeds 20 trillion US dollars, ca. 7% over the US GDP. It is clear that in such a situation the Fed will increase interest rates more aggressively, which will naturally weaken the propensity to invest, and slow down the growth.

    Neoliberalism 2.0

    Democrats hope that the taxpayers (seen as electorate by the political class) who have been misled by the government propaganda will sniff out those neoliberal manipulations and already in the fall of 2018 their vote will strip the Republicans of the majority in the American Congress, both in the Senate and in the House of Representatives. Maybe so, though not necessarily, as the way the tax package is structured, lower taxes and reliefs will benefit, in the coming years, a great majority of taxpayers, including those from less wealthy and more populous strata. However, their reductions disappear in 2025 and then their moment will come to pay for the cuts for the rich, which are not time-limited. Let’s add that this will happen already after next elections, presidential, parliamentary and local alike. In total, throughout the entire decade of 2018-27, the subsequent higher taxes, those regulated in the years 2026-27, will neutralise the benefits of the earlier period, from 2018-25. After 2025, as many as 53% of taxpayers will pay more to the IRS, and these will be households from lower tax brackets.

    Impartial analysts have calculated that the greatest beneficiaries of the reform will be the wealthiest, rich multinationals and property owners. Indeed, one must have quite a nerve and display a reprehensible short-term bias in their economic and political thinking to push, in the context of what happened over the last four decades, for tax solutions which will by no means cut taxes for the poorest 20% of the population, as it is estimated that by 2027 tax cuts will total $10, while for one per mille of the wealthiest, this benefit will amount to $278,000.

    Hence it turns out neoliberalism, apparently still undefeated despite the recent crisis, is condemning the American economy to another, yet greater crisis. This is not only a private business of the USA as, though the country’s relative role in the world economy will be gradually decreasing, it will still play, in several decades to come, a key part in world finance, and the US dollar will remain, in the foreseeable future, the main reserve currency. And that’s why also others will pay for this new episode of neoliberal excesses. It is worth remembering who we will have to thank for that…

  6. (2728.)Recepta na kryzys

    W czasach, kiedy to niektórym wydawało się, że neoliberalizm, doprowadziwszy do rozległego kryzysu finansowego i gospodarczego, a w ślad za tym społecznego i politycznego, został już wyrzucony na właściwe dla niego miejsce, czyli na śmietnik historii, znowu podnosi on swój paskudny łeb. To żadna radość, że w wielu miejscach zdestabilizowanego świata, w których uprzednio zagrzewał miejsca, współcześnie został wyparty przez nowy nacjonalizm i populizm, co ciekawe, częściej prawicowy niż lewicowy. Nie walczy się złem ze złem, nie może być odpowiedzią na jedną głupotę inna głupota. Mała zatem radość, jeśli neoliberalizm ustępuje nowemu nacjonalizmowi i tym bardziej trzeba się wysilać, aby w miejsce obu tych szkodliwych systemów gospodarczo-politycznych i uprawianej w ich ramach wadliwej polityki ekonomicznej zaproponować coś nowego, coś postępowego i społecznie atrakcyjnego. Bez wątpienia taki charakter ma nowy pragmatyzm, o którym już pisałem na tych łamach („Ucieczka do przodu”, „Rzeczpospolita”, 4.V.2017), ale długa jeszcze droga zanim weźmie on górę.

    Kosztem wielu na korzyść nielicznych

    Obecnie, dekadę po wybuchu dewastującego kryzysu – wpierw w USA i w powiązanej z nimi finansowo Wielkiej Brytanii w latach 2008-09, później o zasięgu bez mała światowym – w profesjonalnych kręgach nie budzi wątpliwości, że jego główną przyczyną był neoliberalizm. To ideologia, szkoła ekonomii i wreszcie polityka gospodarcza, które cynicznie żerując na tak wspaniałych ideach liberalizmu, jak wolność, swoboda wyboru i demokracja, prywatna własność, przedsiębiorczość i konkurencyjność sprzyja wzbogacaniu nielicznych kosztem większości. Służy temu określona deregulacja gospodarki ustawiająca w pozycji słabszej świat pracy wobec świata kapitału, posunięta na przełomie XX i XXI wieku ad absurdum finansyzacja gospodarki oraz manipulowanie fiskalną redystrybucją w sposób preferujący bogatsze warstwy społeczeństwa. Temu służyła głośna reforma podatkowa w USA za czasów prezydentury Ronalda Reagana, w 1986 roku.
    Wystarczy wspomnieć, że o ile w roku 1979, kiedy kandyduje on do władzy (prezydentem był w latach 1981-89), średnia płaca godzinowa w USA wynosiła 18,78 USD (licząc w dolarach 2008 r.), to w roku 2008, w chwili wybuchu kryzysu, wynosiła ona …mniej, bo 18,52 USD! Gdzie się zatem podziały owoce znaczącego wzrostu wydajności pracy, gdzie się podział przyrost dochodu narodowego? Otóż został on wskutek neoliberalnych praktyk przechwycony przez nielicznych kosztem większości. Dobitnie potwierdzają to inne fakty, choćby to, że między rokiem 1970 a 2010 udział zysków w PKB zwiększył się o prawie 10 punktów procentowych, bo udział płac spadł z ponad 53 proc. poniżej 44 proc.
    Podczas gdy w trakcie trzech dekad, od 1979 roku do przedkryzysowego 2007 roku, dochody netto (po podatkach i transferach budżetowych) 1 proc. najbogatszych Amerykanów zwiększyły się o około 280 proc., to dla najbiedniejszych 20 proc. społeczeństwa wzrosły zaledwie o ok. 20 proc., a więc rok rocznie poniżej progu odczuwalności społecznej. Nic dziwnego zatem, że powiększały się nierówności dochodowe i obecnie są one największe w gronie bogatych krajach kapitalistycznych. Najczęściej stosowana w tym zakresie miara to współczynnik Giniego, który teoretycznie mieści się między zero (gdy każdy otrzymuję taką samą część dochodu), a 1 (gdy ktoś przejmuje cały dochód). Aktualnie w USA wynosi on ok. 0,4. Dla porównania w Polsce w tym roku spada poniżej 0,3 a w bardziej egalitarnej Danii oscyluje wokół 0,25.

    Ludzie wychodzę wpierw z siebie, potem na ulice

    To właśnie narastające nierówności dochodowe i poszerzanie się obszarów wykluczenia społecznego powodowały, że ludzie wychodzili wpierw z siebie, a potem na ulicę, także na tę słynną, okupując Wall Street. Działo się tak tym bardziej, że irytująca była nonszalancja części elit politycznych oraz służących im mediów i „znanych ekonomistów”, którzy winę na narastające wskutek neoliberalnych praktyk, a więc intencjonalnej polityki rażące nierówności dochodowe i majątkowe usiłowali zrzucić na procesy obiektywne – na obecną fazę rewolucji technologicznej oraz na globalizację. W ten sposób część złości udało się skierować na obcych – na zagranicę i imigrantów, na Chińczyków i Meksykanów, a gdzie indziej na muzułmanów czy wschodnio-Europejczyków, w tym Polaków – i w rezultacie przeciw skądinąd nieodwracalnej globalizacji, a część na własnych establishment, bynajmniej nie nieskazitelnie bez winy. I to okazało się wodą na młyn, która przynosi fale nowego nacjonalizmu, ksenofobii, protekcjonizmu i antyglobalizacyjnych resentymentów. Należałoby z tego wyciągnąć właściwe wnioski, ale niestety nie udaje się. Przynajmniej w tej wciąż najsilniejszej gospodarce świata, sprawcy ostatniego globalnego kryzysu, w USA.
    Oto bowiem w roku przejęcia władzy przez Donalda Trumpa popełnia się jeszcze większy błąd niż „udało się” to Reaganowi. Jeszcze większy, gdyż tym razem lot ćmy do ognia rozpoczyna się już po wielkiej nauczce kryzysu ostatnich lat i wszyscy powinni być mądrzejsi. Neoliberałowie też. Niestety, zachłanność typowa dla neoliberalizmu pomieszana z naiwnością typową dla populizmu – a obie te cechy łączy w unikatowy sposób obecny lokator Białego Domu – tworzą tak toksyczną dla myślenia mieszankę, że o ile wejść dwa razy do tej samej rzeki się nie da, to okazuje się, iż dwa razy wdepnąć w to samo bagno można. I na taką akurat ścieżką wkraczają Amerykanie, przepychając w swoim Kongresie ustawę podatkową. Przepychając, bo głosując w nocy jednym głosem pokonują opozycyjnych demokratów, bo udaje im się to poprzez kupowanie za ewidentnie partykularne koncesje własnych kontestujących senatorów, bo z Izbie Reprezentantów trzeba głosowanie powtarzać, gdyż ścigając się z przedświątecznym czasem, w ustawie znalazły się prawnicze buble. Skąd my to znamy?…
    Podczas gdy republikanie huczą ze swą propagandą sukcesu, a prezydent Trump wznosi na swym koncie Twitter okrzyki „Jobs, Jobs, Jobs!” i pisze, że „To jest doprawdy sprawa, której rezultaty przemówią same, już wkrótce”, demokraci zgodnie oprotestowują przeforsowane zmiany podatkowe, uciekając się nawet to tak drastycznych określeń, jak „napad” czy „oszustwo”. No, może nie napad, bo wszystko zgodnie z prawem i bez łamania konstytucji, ale jakby oszustwo…

    Po co to wszystko?

    Ludzie wyczuwają, co się kroi, ponieważ zaledwie 27 proc. Amerykanów popiera nową ustawę, a aż 52 proc. opowiada się przeciwko wdrażanym rozwiązaniom. Sami potrafią liczyć i bardziej dają wiarę rzeczowym argumentom bezpartyjnych fachowców niż zaangażowanym prorządowym ekspertom i ekonomistom korumpowanym przez neoliberalne lobby. Podczas gdy ci ostatni zapowiadają istotne przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego wskutek obniżenia podatków dla przedsiębiorstw, CIT, niezależne ośrodki – także rządowe, a niektóre z nich są naprawdę znakomite – wyliczają, że dodatkowy wzrost PKB do roku 2027 wyniesie śladowe 0,4-0,9 proc., a więc tyle co nic. Według analiz Kongresowego Centrum Badawczego redukcja CIT o 10 punktów procentowych (ustawa zmniejsza je o 14 punktów, z 35 do 21 proc.) może zwiększyć długookresowe tempo wzrostu zaledwie o 0,15 proc. O co zatem cała ta batalia?
    Jak to o co? O to, aby inne zmiany, przeprowadzane przy okazji pod nośnym hasłem zmniejszania podatków dla przedsiębiorstw, wzbogaciły nielicznych kosztem większości. Sam jako wicepremier i ministrów finansów też radykalnie, ale i sensownie zmniejszałem podatki, w tym CIT, wpierw do 32 proc. z 40 proc., z czym zastałem gospodarkę po niesławnym szoku bez terapii, a później z 28 proc. do obecnych 19 proc., ale towarzyszyły temu inne zmiany fiskalne sprzyjające zarówno formowaniu kapitału i inwestycjom, jak i trosce o pożądane relacje dochodowe oraz rozwój kapitału ludzkiego. Wzrost przyspieszył, nierówności dochodowe spadły, zadłużenie publiczne na dłuższą metę nie wzrosło. Nie tak będzie w Stanach Zjednoczonych, choć redukcja bardzo wysokiej stawki CIT-u przy równoczesnej likwidacji wielu ulg psujących system ma swoje zalety. Wzrost istotnie nie przyspieszy, bezrobocie nie spadnie, nierówności wzrosną, zadłużenie się powiększy.
    Zdumiewające jest to, z jakim lekceważeniem autorzy i zwolennicy reformy podatkowej podchodzą do nieuniknionego wzrostu deficytu budżetowego i narastającego w ślad za tym i tak już ogromnego długu publicznego. Pomijając apologetów pakietu, panuje w zasadzie zgoda co do tego, że podczas następnych dziesięciu lat dług publiczny zwiększy się aż o półtora biliona USD; to tyle co Polacy w sumie wytwarzają przez trzy lata. A dług ten już wynosi ponad 20 bilionów USD, przekraczają o ok. 7 proc. amerykański PKB; to relatywnie dwa razy tyle co w Polsce. Jest jasne, że w takiej sytuacji Fed, bank centralny USA, będzie bardziej agresywnie podnosił stopy procentowe, co w naturalny sposób osłabiać będzie tendencje inwestycyjne i wpłynie na wzrost spowalniająco.

    Neoliberalizm 2.0

    Demokraci liczą na to, że wprowadzeni przez rządową propagandę w błąd podatnicy – postrzegani przez klasę polityczną jako elektorat – połapią się w tych neoliberalnych manipulacjach i już na jesieni 2018 roku zagłosują tak, że pozbawią republikanów większości w obu izbach amerykańskiego parlamentu, zarówno w Senacie, jak i w Izbie Reprezentantów. Być może, choć niekoniecznie, bo pakiet podatkowy jest tak skonstruowany, że w najbliższych latach z obniżonych podatków i ulg skorzysta zdecydowana większość podatników, w tym ci z mniej zamożnych i liczniejszych warstw. Te obniżki wszakże znikają w 2025 roku i wtedy przyjdzie im zapłacić za niewygasające obniżki dla bogatych. Dodajmy, że będzie już po kolejnych wyborach tak prezydenckich, jak i parlamentarnych oraz lokalnych. W sumie, w trakcie całej dekady 2018-27, późniejsze wyższe podatki, te regulowane w latach 2026-27, zneutralizują korzyści z wcześniejszego okresu, z lat 2018-25. Po roku 2025 aż 53 proc. podatników zapłaci fiskusowi więcej, a będą to gospodarstwa domowe z niższych przedziałów podatkowych.
    Bezstronni analitycy obliczyli, że największymi beneficjentami reformy będą najzamożniejsi, bogate wielonarodowe korporacje oraz właściciele komercyjnych nieruchomości. Zaiste trzeba mieć ogrom czelności, a zarazem grzeszyć skrzywieniem krótkookresowości w myśleniu ekonomicznym i politycznym, żeby na tle tego, co się stało w ciągu minionych czterech dekad, forsować rozwiązania podatkowe – a takie będą ich konsekwencje – które wcale nie obniżą podatków dla najuboższych 20 proc. ludności, bo szacuje się, że do roku 2027 wyniosą one 10 USD, gdy dla jednego promila najbogatszych korzyść ta wyniesie aż 278 tysięcy USD.
    Tak oto, jak się okazuje, wciąż niepokonany pomimo niedawnego kryzysu neoliberalizm skazuje gospodarkę amerykańską na kolejny, jeszcze większy kryzys. To nie tylko sprawa USA, bo choć ich relatywna rola w światowej gospodarce sukcesywnie będzie spadać, to nadal odgrywać będą one w ciągu kilku następnych dekad główną rolę w światowych finansach, a dolar w dającej się przewidzieć przyszłości pozostawać będzie najważniejszą walutą rezerwową. I dlatego za tę kolejną odsłonę neoliberalnych ekscesów zapłacą także inni. Nas w Polsce niestety też to nie ominie. Warto pamiętać, komu będziemy to zawdzięczać…

    „Rzeczpospolita”, 22 grudnia 2017, s. A30

  7. (2727.) Właśnie opublikowana książka pt. “Nowy pragmatyzm kontra nowy nacjonalizm” czeka na Ciebie tutaj: https://ksiegarnia.proszynski.pl/product,75470

    Oto spis treści:
    Od autorów 7
    I. Czas zamętu, czyli co tu się dzieje? 10
    II. Co z tą potęgą rozumu? 34
    III. Elity i masy, czyli kto się liczy 53
    IV. Nadajnik i odbiornik, czyli skąd tyle nieporozumień? 68
    V. Wszystkiemu winna historia? 78
    VI. Z powrotem do przyszłości 102
    VII. Więdnący neoliberalizm 116
    VIII. Akcje i reakcje 136
    IX. Skąd ten kryzys? 148
    X. Nowy nacjonalizm bękartem neoliberalizmu? 172
    XI. Czego się bać, czyli współcześni jeźdźcy Apokalipsy 189
    XII. Na ratunek nowy pragmatyzm? 204
    XIII, Nowy pragmatyzm – nauka i polityka 235
    XIV. Co być musi, co może, a co będzie? 244
    XV. Przyszłość świata w szponach chaosu czy w naszych rękach? 259
    Indeks nazwisk 268

    Informację, gdzie i kiedy odbywają się spotkania autorskie, wykłady i konferencje, znajdziesz tutaj: http://www.wedrujacyswiat.pl/Wyklady.php

    A tutaj są moje poprzednie książki opublikowane przez Wydawnictwo Prószyński:
    “Wędrujący świat” https://ksiegarnia.proszynski.pl/product,40999
    “Świat na wyciągnięcie myśli” https://ksiegarnia.proszynski.pl/product,53178
    “Dokąd zmierza świat…” https://ksiegarnia.proszynski.pl/product,66008
    „Droga do teraz” https://ksiegarnia.proszynski.pl/product,71473

1 90 91 92

Leave a Reply to Grzegorz W. KOLODKO Cancel reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *